10 lat świerklańskiego stowarzyszenia cz. II

Stare i nowe intencje a rzeczywistość

Stowarzyszenie Rozwoju Inicjatyw „Świerkle” poczuwało się gospodarzem „pełną gębą” na użyczonym terenie i planowało swoje kolejne inwestycje na nim póki co na wyrost nazywanym Parkiem Rekreacyjno-Wypoczynkowym, ale znacznie mądrzej niż w 1999 r., kiedy to doświadczyło także niepowodzeń, a nawet prztyczków, co dało wiele do myślenia zarządowi.
Już u zarania działalności stowarzyszenie zwróciło się pisemnie o rzeczowe wsparcie jak chociażby o drzewka i krzewy, grube drewno – surowiec, trylinkę, kamień wapienny itp., by rozpocząć prace w parku według opracowania graficznego Heleny Sala z końca 1998 r., w którym nazwała go, jak to już wcześniej było wspomniane „Parkiem dla Dzieci i Młodzieży w Świerklach”. Plan ten zakładał użycie do wykonania ogrodzenia, pawilonu, parkanów i ciągów spacerowych m.in. stosownych ciosów kamiennych, obrobionych – obtoczonych elementów drewnianych oraz jakichś formatów chodnikowych i zielonej rozsady.
Sprawa zagospodarowania parku postawiona została jako priorytetowa, a tymczasem na wszystkie pisma odpowiedziano negatywnie, słowem – ściana nie do przebycia – zdawało się. Jakby na przekór podjęto jeszcze jedna próbę i znaleziono dobrodzieja, który „zafundował” stowarzyszeniu potrzebny surowiec. Materiał ten niemalże cudem pozyskany jak zbawienna deska ratunku przepadł gdzieś w firmie nie bez kozery zwanej wówczas w środowisku „u Baby Jagi”. Mijały długie miesiące dociekania swego, ale póki co nic nie dało się wskórać. Ówczesny v-ce prezes stowarzyszenia Józef Moczko wiele razy po telefonicznych monitach jechał ustalać z nią (firmą) kolejne terminy wywiązania się z umowy – niestety ustnej – i za każdym razem wysłuchiwał jakichś pokrętnych tłumaczeń o obcesowym i ignoranckim wydźwięku, tak na zbycie. Słowem – odsyłano go z kwitkiem, jak nie przymierzając naiwnego chłopa pańszczyźnianego.
Te doświadczenia sprawiły, że bardziej osobiście podszedł on do problemu sugerując zmiany w strategii działania, by była bardziej skuteczna i by nikt w przyszłości jako świerklanin nie był wykpiwany kolokwialnie rzecz ujmując – jak ostatni frajer, świerklański frajer.
Odtąd nic nie było już załatwiane na gębę, lecz pisemnie. Nieraz stawiano sprawę bez ograniczeń w argumentach, przedtem ostrożnie wykorzystywanych. Czasem była to swoista korespondencyjna jazda po bandzie na granicy tolerancji. Wiadomo było, że tak można było tylko w przypadkach oczywistych, a problem wymagał adekwatnego odzewu drugiej strony.
Z kolei w występowaniu na rzecz stricte statutowych celów stowarzyszenia, takie argumenty musiano dopiero wypracować, by się nimi okazywać jak wizytówką np. proszę, oto dokonaliśmy tego i tego , a chcemy zrobić jeszcze więcej, pomóżcie nam. Jedynie zmaterializowany obojętnie jakimi sposobami projekt Heleny Sala nawet mocno zweryfikowany, taką wizytówką mógł się stać.
Zreformowane postępowanie zastosowano wpierw w procesie „usuwania” z placu boiska sławetnego słupa wysokiego napięcia, który jeszcze się ostał zaświadczając o minionych czasach, kiedy to obok jeszcze większego kuriozum w postaci na metr wystającej grubej rury studni głębinowej na polu karnym przez wiele lat zdumiewał obecnych na miejscu np. podczas meczów towarzyskich gdy te „dwa kwiatki” opatulone były słomą dla bezpieczeństwa.
Podobnie miały się sprawy w sferze działania Rady Sołeckiej, której członkiem był również v-ce prezes stowarzyszenia. W pewnym momencie otrzymała ona pismo, w którym Zarząd Gminy wyrażał swe oburzenie, ale jakby bardziej względem jego tonu nie podważając meritum poruszanego w nim przez świerklańskie grono inicjatywne problemu, tyczącego się zaplecza Sali Wiejskiej, sugerując by współpracować z jego dysponentem, tak jak to się przykładowo miało dziać w innych sołectwach, gdzie tzw. część restauracyjna sali dostępna była na każde życzenie.
Sprawa zaplecza nie zeszła już „z wokandy samorządowej’ i gdy później przedstawiciel Urzędu Gminy zbadał sprawę na miejscu, okazało się „wreszcie”, że tzw. części restauracyjnej już nie ma, po prostu została zaadoptowana na inny cel, a reszta trąci prowizorką. W efekcie tej sprowokowanej lustracji do zmiany stanu rzeczy było coraz bliżej.
Natomiast w obszarze przypisanym stowarzyszeniu ciągle brakowało jakiegoś spektakularnego sukcesu, czego na zewnątrz jeszcze się nie odczuwało, bo nie zasypywano w międzyczasie gruszek w popiele –prowadzono inne formy działalności na rzecz wioski. Była Pierwsza Biesiada i aktywny udział w Gminnych Dożynkach w Chróścicach, gdzie ekipa świerklan zajęła II miejsce (rok wcześniej świerklanie zajęli I miejsce na dożynkach gminnych w Czarnowąsach), wspólna impreza z miejscowym Kołem Mniejszości Niemieckiej, Druga Biesiada w roku 2000 zorganizowano wesół z GOK Dobrzeń Wielki itd.
W kwestii zagospodarowania Parku Rekreacyjno-Wypoczynkowego poszukiwano ciągle nowego rozwiązania, które by jednocześnie starą ideę utrzymywało (stara idea wykształciła się w efekcie wycieczki „busikiem”, którym prezes Waldemar Kesner wraz z członkami stowarzyszenia odwiedził kilka nielicznych miejsc, także Opole, gdzie funkcjonowało już coś w rodzaju placów rekreacyjno-wypoczynkowych). Sprawa była ważna z różnych względów, nie tylko prestiżowych. Miała ona świadczyć o mobilności i determinacji członków stowarzyszenia a im samym dodać pewności i animuszu w bieżącym działaniu. Planowane elementy w parku miały być prezentacją organizacji, ale także stać się charakterystyczną wizytówką wioski. Poza tym miały być schludne, pasujące do miejsca (przy ścianie lasu) słowem – wielkie śmiałe, takie na przyszłość, a zarazem do wykonania własnymi siłami.
W pierwszym momencie nie było pomysłu „jak to ugryźć”, lecz zarząd stowarzyszenia świadom był wielkiego znaczenia przedsięwzięcia, nie wolno było sprawy odpuścić. Sukces bowiem oznaczał uznanie i wiarygodność stowarzyszenia i niejako jego fizyczne zainstalowanie się na miejscu, a niepowodzenie – co najmniej kryzys na długi czas w działaniu.
Wyszło na to, że do wykonania zadania najbardziej nadawały się drewniane słupy energetyczne z odzysku. Postanowiono tą myśl wprowadzić w życie. Problem tkwił w tym, że słupów takich trzeba było sporo i nie były one powszechnie dostępne. Wice prezes stowarzyszenia szczęśliwym trafem wyszukał takie na byłej plantacji chmielu w Węgrach (gmina Turawa), gdzie kiedyś służyły jako jej stelaż. Właściciel miał akurat dobry humor i dobito targu. Z obawy żeby się nie rozmyślił świerklanie zjawili się czym prędzej czym kto mógł (Walter Panic traktorem z „przyczepą”) i solidna „fura” w „trymiga” była załadowana. Prawie 30 solidnych słupów wkrótce znalazło się w Świerkli. Po selekcji część przewieziono do „Sochora” w Brynicy, który zgodził się materiał przetrzeć ( po czasie stwierdził, że zbyt pochopnie się na to zgodził, bo trochę żelastwa w słupach jednak było i piły dostały popalić) na półwałki średnicy 20-30 cm. Później pozyskano jeszcze słupy telefoniczne z prywatnego źródła w Czarnowąsach za drewno opałowe, co już w zasadzie wystarczyło na całość.

Dokonania pierwszej tury

Zasadnicze prace przy ogrodzeniu i wiacie miały miejsce w okresie od wiosny 2000 r. do lipca 2001 r. Miały charakter wieloetapowy a same robocze spotkania w tym czasie nie ograniczały się tylko do tych dwóch zadań. Jednak postawienie wiaty w stosunku do całej reszty to było znacznie, znacznie większe wyzwanie. Trzeba było mieć sporo fantazji, by jawiące się przy tym trudności mieć za nic i niejako z marszu przystąpić do działania. W stowarzyszeniu tej fantazji nie brakowało.
Zamierzeniu miało też posmak pewnej przygody, takiej na nowy czas, na początek nowego tysiąclecia po wielu latach marazmu. Może dlatego od początku jego realizacji bez większego zachęcania na miejscu tych roboczych spotkań członków stowarzyszenia dochodzili z pomocą świerklanie z poza organizacji. Można by rzec – sympatycy. Ten fakt sam w sobie wiele znaczył.
Poczynania omawiane były w szerszym gronie, a w poszczególnych pracach słuchano się najbardziej kompetentnych z grupy tak pod względem fachowym jak i dyspozycyjności z poszanowaniem koncepcji prowadzącego całość. W stowarzyszeniu wiadomo było, że „dziewczyny” (Teresa Bednorz, Danuta Jałowy, Wioletta Jeger, Marianna Jendryca, Gabriela Jurek, Dorota Kesner, Edyta Kokot, Maria Konieczko, Barbara Prudlik i Magda Baron p.m. Knosała, która prowadziła księgowość) jak trzeba, to coś upieką, przygotują cateringowo każdą biesiadną imprezę, zadbają o porządek i stawały czasem u boku swych stowarzyszonych kolegów (Bernarda Kałuży, ujętego bezpośrednią pracą ciesielko-stolarską przy drewnianej materii parku, postrzeganego także jako człowiek od spraw sportowych w stowarzyszeniu; Waldemara Kesnera, Norbert Komora i Arka Przepióry – ludzi jednej elektrobrygady gotowych stanąć gdy trzeba z dostępnym im sprzętem; Henryka Różanieckiego dbającego o to, by przy pracy ni doskwierało pragnienie, Waltera Panica gotowego do grubszego wystąpienia ze swą maszyną i Józefa Moczko, starającego się coraz częściej kierować tym całym „inicjatywnym zamieszaniem”),których także do grubszych przedsięwzięć specjalnie namawiać nie trzeba było. Ten sposób występowania w społecznym działaniu utrzymał się w stowarzyszeniu w następnych latach. Natomiast sprawczą role Heleny Sala, która na stałego członka nie przystała, bo w każdej chwili wraz z rodziną mogła się znaleźć w innym miejscu świata, w tym co się zdarzyło, doceniono przyznając jej honorowe członkostwo już w 1999 r.
Na początku czerwca „chłopy” sposobem postawili główną konstrukcję, a w połowie miesiąca kończyli już montaż zadaszenia z desek, które nieco wcześniej na bieżąco opędzlowywały czarnym impregnatem „baby” (siebie z resztą też troszeczkę) tak, że wiata w swej zasadniczej części była gotowa parę dni później tuż przed samym festynem. Festyn dzięki tym nowym elementom mógł być znacznie zgrabniej i bogaciej zorganizowany. I tak też było, ale nie tylko z tych względów. Pierwszego dnia (sportowa sobota) 24 czerwca o godzinie 15:00 w obecności większej liczby przybyłych już gości, w tym prawie wszystkich świerklan, którzy dopiero co w tym samym miejscu wykazali się społecznie ks. radca Jan Chodura poświecił zarówno samą wiatę jak i cały Park Rekreacyjno-Wypoczynkowy. Ten historyczny dzień jak swoisty kamień milowy na drodze realizacji celów stowarzyszenia, zaznaczał i sankcjonował dotychczasowe jego dokonania i wskazywał kierunek na przyszłość. Nikt wtedy nie miał wątpliwości, że równie pomyślną (za oczywisty znak tego uznano fakt, że do poświęcenia nie w pełni wyposażony duszpasterz, co się okazało w ostatniej chwili, użył „awaryjnie” zielonej gałązki – nowociny, jak to w zamierzchłych czasach praktykowano, zamiast kropidła).
Z wiatą – szałasem, było już z górki. Później rozbudowano i wzmocniono jeszcze konstrukcję nośną i poszerzono skrzydła boczne, tak że na następnym festynie w lipcu 2001 r. zorganizowanym z wielkim rozmachem , służyła już w wymiarze docelowym (wysoka w szczycie na 8 m, długa także 8 m i o powierzchni dachu równej prawie130 m².
Sporą konsternację bardzo zniechęcającą wzbudziła plotka, że jakoby gdzieś w parku ma stanąć jakaś przepompownia czy coś jeszcze gorszego, co zdawało się być bardzo prawdopodobne, bo ktoś rzeczywiście widział jakichś mierniczych, a coraz konkretniej we wiosce mówiło się o kanalizacji. W sytuacji gdy tyle już tam zrobiono, zarząd stowarzyszenia dmuchając niejako na zimne, z miejsca wysłał pismo do gminy, by temu zapobiec, nie analizując czy to rzeczywiście plotka czy prawda. W każdym razie, nic się „złego” nie stało.
Zagospodarowywanie parku trwało nadali, ale to nie była cała sfera działalności stowarzyszenia. Niektóre inne poczynania były jego konsekwencją, ale na bieżąco występowano również z inicjatywami w sprawach stricte statutowych, ale nie tylko.
W pierwszym odruchu były to starania mające na celu wznowienie, reaktywacje czy też odbudowę tych „dóbr” lokalnych, których długotrwały regres czy wręcz upadek pojawiał się już jako problem w przedmiocie codziennej troski mieszkańców, a czasami nawet w kontestowanym niezadowoleniu. Kiedyś miały swój dobry czas: sport (świerklański LZS w latach 50-tych np. stał „dobrą piłką nożną” i tenisem stołowym itd.), kultura (w tym samym mniej więcej czasie amatorskie przedstawienia teatralne w „sali wiejskiej” były normą, później ZMW i KGW organizowały imprezy zabawowo-biesiadne itp.), infrastruktura (droga do Brzezia dalej miała swój cieniutki bo cieniutki ale jednak asfalcie, póki go ciężki „nieformalny” transport przy budowie elektrowni oraz nielżejszy „leśny” nie wykończył), teraz wołały o ratunek.
Młodzież grała w piłkę między sobą, czasami jako drużyna biorąc udział w turnieju drużyn niezrzeszonych marząc o „lidze”. Stowarzyszenie pierwszy raz wtedy (2000/2001 r.) wystąpiło w tej sprawie. Wyszło na to, że trzeba się wykazać składem na dwie drużyny „starszych” i „młodszych” co w ówczesnych świerklańskich realiach było nie do przeskoczenia. Zdecydowano więc, że „niezrzeszeni” będą nadal funkcjonować po staremu ale już z pomocą stowarzyszenia, które zajmie się także reaktywacją „tenisa stołowego”. Póki co nie zaprzątano sobie głowy kwestią podniesienia standardu boiska tylko jego zaszłościami własnościowymi (w połowie nadal było de facto częścią prywatnego pola).
Z kulturą było nieco łatwiej. Tutaj na początek wystarczyło energiczniej się zakręcić – wyszykować „salę” (delikatnie mówiąc - kiedyś z lekka obskurna, w tym czasie była już poddana niezbędnemu liftingowi - najgorsze ściany od góry do dołu wyściełano siłami Rady Sołeckiej i przyszłych „stowarzyszonych” roletowym materiałem w „pięknym” różowym kolorze), częściej zapraszać np. jakiś zespół ludowy – wszystko oczywiście we współpracy z Radą Sołecką i jeżeli było to możliwe z miejscową Mniejszością Niemiecką. Od początku zakładano także udział w imprezach na „sali” – „udział artystyczny”, dzieci ze szkoły podstawowej i przedszkola, jedynych ośrodków kulturotwórczych we wiosce, z którymi stowarzyszenie nawiązało współpracę ze swojej strony bardziej promocyjną.
Tym bogaciej we wspieraniu sportu i podpieraniu kultury i innych aspektów lokalnych, stowarzyszenie mogło być pomocne, im więcej miało by środków. Tych jednak w 2000 roku udało się pozyskać tylko tyle, że starczyło ich na zapłacenie desek na wiatę po symbolicznej cenie i śrub oraz wkrętów do zamontowania wiaty. Ale to miało się już wkrótce zmienić.
„Wizytówka” – Park Rekreacyjno-Wypoczynkowy, z niedokończoną jeszcze wtedy wiatą (skrzydła dachu), ale wypełniony treścią dwudniowego festynu, znalazła się w mediach, o które pieczołowicie zadbano i z miejsca także była uchwycona w dokumentacji fotograficznej pism – próśb o wsparcie.

Nowa sytuacja a zamierzenia

I stało się – z początku 2001 r. zawarto pierwsze umowy na odpłatne prezentacje reklam adresatów na kolejnych imprezach i festynie (pierwszą z Norgips Poland Ltd. Warszawa, następną z Elektrownia Opole S.A. itd.), a wczesną wiosną na koncie stowarzyszenia zamiast paru setek złotych były już konkretne tysiące. Pism wysłano oczywiście znacznie więcej i nie zamierzano tej praktyki zmieniać, co związane było z czasochłonną i „dyplomatyczną” pracą papierkową, a przecież w trakcie były jeszcze roboty w parku. Musiał się sprężać vice prezes, tym bardziej że prezes Waldemar Kesner i paru innych członków było na kontraktach zagranicznych i delegacjach. Reszta zarządu i członkowie zakręceni byli w tej karuzeli równie mocno Można powiedzieć, że nie było czasu nawet na porządne zebranie, bo dopiero w drugim podejściu na czerwcowym Walnym Zebraniu Członków Stowarzyszenia wybrano nowe władze( Zarząd: Józef Moczko – prezes stowarzyszenia, Waldemar Kesner – z-ca prezesa, Maria Konieczko – sekretarz, Barbara Prudlik – skarbnik, Edyta Kokot – członek zarządu, Komisja Rewizyjna: Norbert Komor – przewodniczący, Bernard Kałuża i Wioletta Jeger - członkowie). Analizując polepszającą się sytuację finansową podjęto śmiały zamiar budowy wielofunkcyjnego boiska utwardzonego (jednocześnie do piłki ręcznej, siatkówki, koszykówki i tenisa) ze świadomością, że pieniędzy tych jest jednak o wiele za mało. Czemu nie? – skoro z piłką nożną póki co jest jak jest – tak mniej więcej wypowiadano się w tej kwestii.
Żeby dodatkowo poprawić finanse, zdecydowano się na zorganizowanie loterii fantowej na festynie, co wymagało jeszcze większego zaangażowania. „Karuzela” nabierała impetu, nikt nie wiedział jaki będzie tego efekt, ale optymizm jak swoiste różowe okulary pozytywnie nastrajał. Ta pierwsza loteria fantowa w pełni się udała, podobnie z resztą jak cały festyn – efekt bardzo dobrej wtedy współpracy Rady Sołeckiej i stowarzyszenia oraz GOK Dobrzeń Wielki.
Zarząd stowarzyszenia przekonany o pozytywnym odzewie „Gminy” na ewentualną prośbę o dofinansowanie (większościowy udział) budowy utwardzonego boiska, zwrócił się do Zarządu Gminy stosownym pismem. Odpowiedź była negatywna, ale nie do co samej idei. Z treści wynikało, że „Gmina” nie zamierza w Świerkli nic „utwardzać” przed wybudowaniem sieci kanalizacyjnej i że w budżecie na 2002 r. przewidziała środki na opracowanie stosownej dokumentacji i na wybudowanie nowej linii kablowej nieco inną trasą, by zastąpić odcinek linii napowietrznej biegnącej po przekątnej przez boisko, co oznaczało także likwidację sławetnego słupa i na kontynuację budowy drogi Świerkle – Brzezie.
Były to bardzo pomyślne w sumie wieści dla Świerkli. Okazało się jednak pod koniec roku 2001, że drogę, której budowa miała być kontynuowana w następnym roku w ogóle w roku bieżącym nie tknięto (gmina zarezerwowała jedną trzecią sumy potrzebnej na wykonanie jednego z trzech odcinków stanowiących całość „budowanej” drogi choć nie musiała, a powiat nie podjął wyzwania, choć to była jego droga), a budżetowe pieniądze przeznaczono na inne cele, bynajmniej nie świerklańskie.
Cała „dyplomacja” skonsolidowanych gron świerklańskich została wyczulona na to, by do powtórki takiej sytuacji w 2002 roku nie doszło, „krótko mówiąc” – jeżeli „Powiat” znów by się wstrzymał, to Świerkla musi dostać to, co jej w budżecie „zapisano”, chociaż znaczną z tego część.
Poprawiająca się kondycja stowarzyszenia umożliwiała konkretniejsze występowanie w bieżących problemach. Stowarzyszenie było też już w stanie wesprzeć kulturę, już wtedy na festynie „Dni Świerkli 2001” opłacając występ dodatkowej grupy artystycznej i jakiś jego element techniczny np. opłatę energetyczną. Nie zaniedbano także promocji w mediach. Oprócz tradycyjnej informacji o bieżących imprezach zaczęły się publikacje artykułów o treściach raczej biograficznych dotyczących Świerkli, wydano także pierwszą w powojennych czasach widokówkę.
Po festynie padła propozycja wykonania podłogi przenośnej (składanej) tzw. „tantzdili” - bo warto było by mieć własną – komentowano, co znacznie ulżyło by przede wszystkim głównemu organizatorowi – Radzie Sołeckiej – która za każdym razem musiała ją przywozić z zewnątrz.
Jeden z członków stowarzyszenia „załatwił” wielgachne bębny kablowe, z których grube dechy miały się na to nadawać. Jeszcze do dziś te „monstra” śnią się po nocach tym, którzy przy ich rozbieraniu brali udział. „Miliony” gwoździ zagiętych na „kontrę” trzeba było wyjąć, po czym okazało się że upragniony odzysk nie nadawał się. Długo jeszcze resztę bębnów spychano gdzieś na peryferie parku, aż a końcu ciężkim sprzętem mechanicznym zostały zmiażdżone i zużyte jako opał. Pomysł nie wypalił – póki co.
Do tego ciągu zagospodarowywania zasadniczego parku, inaczej mówiąc – wypełniania fizyczną materią wspomnianej wcześniej wizytówki stowarzyszenia i zarazem wioski, zaliczyć trzeba także odtworzenie starej trasy drogi biegnącej kiedyś pod lasem przy boisku w kierunku cmentarza, a w tym czasie wchodzącej wielkim łukiem głęboko na boiskowy teren. Trzeba było wytrzebić to, co przez wiele minionych lat tam „narastało” od strony lasu zmuszając korzystających z tej trasy do przybierania boiska coraz dalej, zepchać a w zasadzie wywieść nadmiar ziemi, wykarczować masę korzeni, wyrównać „odtworzoną” drogę i pobocze. Wysiłek był to znaczny i znów w zasadzie ta sama ekipa nie zawiodła.
Jesienią 2001 r. kiedy gro tych robót było wykonanych Park Rekreacyjno-Wypoczynkowy miał już coś z przymiotów adekwatnych swojej nazwie, które w następnym 2002 r. uzupełniająco podkreślono np. wykonano bariery między boiskiem a wspomnianą wcześniej nową drogą pod lasem celem utrwalenia nawyku korzystania z tej trasy bez zbaczania jak kiedyś. Bariery te i kilka pierwszych schludnych ławek wykonano z toczonych wałków, które jako zastępczy ekwiwalent za utracony kiedyś surowiec drzewny „wyrwał” od „baby jagi” nowy członek Tomasz Grzybek, czym stowarzyszonych zdumionych jakiej to magii użył, sympatycznie zaskoczył.
Kolejni nowi członkowie Joachim Komor i Rafał Knopp zdecydowanie dołączyli do reszty przy robotach korekcyjnych dotychczas wykonanych elementów i ich generalnej konserwacji. Ogląd z dzisiejszej perspektywy całości wystąpień „zaangażowanych” nie tylko członków stowarzyszenia w przysparzaniu parkowi wspomnianych wcześniej przymiotów, skłania do wniosku, iż zasadnym jest wymienienie ich z imienia, bo choć i później społecznego ruchu nie brakowało, to koncentracja w działaniu i udział osób z poza organizacji godne odnotowania były najbardziej wyraziste w tym okresie, a jedynym kryterium może tu być fakt uczestniczenia w przedsięwzięciach, pracach, w załatwianiu materiałów, spraw związanych z bieżącą działalnością, a także wytrwałość w tej dyspozycji. Jedni mogli więcej, drudzy mniej czasu poświęcić na to. Niektórzy nawet odchodzili od swego warsztatu pracy, a ci co byli na „saksach”, „kontraktach” zagranicznych, delegacjach, jak tylko byli na miejscu dołączali do reszty.
Tak na to patrząc, śmiało można uznać, iż zdecydowanie społecznie wtedy występowali: Magda Baron, Teresa Bednorz, Tomasz Grzybek, Jerzy Hajdukiewicz, Danuta Jałowy, Wioletta Jeger, Marianna Jendryca, Gabriela Jurek, Sławomir Kaczmarek, Bernard Kałuża, Dorota Kesner, Waldemar Kesner, Andrzej Knopik, Rafał Knopp, Edyta Kokot, Andrzej Komor, Joachim Komor, Norbert Komor, Maria Konieczko, Józef Moczko, Karolina Moczko, Walter Panic, Barbara Prudlik, Artur Przepióra, Józef Rippel, Rudolf Rippel, Henryk Różaniecki, a pomogli znacząco: Józef Baron, Jerzy Bednorz, Irena Cieśla, Jan Chmiel, Irena Dziadkiewicz, Michał Dziadkiewicz, Zygfryd Gallus, Grzegorz Gdzik, Bernard Hadasch, Jan Jałowy, Maria Jałowy, Tomasz Jałowy, Józef Jurek, Elżbieta Kandziora, Rudolf Kniec, Grzegorz Kociołek, Józef Kokot, Krzysztof Kokot, Józef Kostrzewa, Alfred Koszyk, Józef Koszyk, Norbert Krauze, Mariusz Mikoś, Henryka Moczko, Paweł Prudlik, Sylwia Sowa, Stefan Świerc, Andrzej (Achim) Wicher.
Warty podkreślenia jest również fakt, iż wymienieni powyżej spotykając się w różnych liczbowo i personalnie składach, przez ten długi czas nie popadli miedzy sobą w jakieś znaczące konflikty, urazy, zwady czy animozje, choć mogło tak się stać wiele razy.
Natomiast w ferworze pracy nie rzadko niebezpiecznej nie obyło się bez drobnych skaleczeń, niekontrolowanych i bolesnych „zjazdów” ze śliskiego natłuszczonego dachu itd. (w pamięci pozostał dzień 17 czerwca 2000 r. kiedy to przy składaniu elementów nośnych wiaty obecny był również Józef Rippel – stary cieśla, odjechał rowerem pewnym momencie za swoimi sprawami i po chwili reszta usłyszała od strony skrzyżowania w centrum wioski jakiś huk. Potrącił go samochód jak się później okazało śmiertelnie. To był smutny dzień).

Znamienne „poczęcia”

Tymczasem 2002 rok jawił się rzeczywiście jako kolejny znamienny w owocne inicjatywy stowarzyszenia. Już z początkiem roku (27 stycznia) zorganizowało ono I Otwarty Turniej Tenisa Stołowego. Z wielu względów było to wydarzenie przez duże „W” postrzegane jako przełomowe w procesie reaktywowania miejscowego sportu, porównywalne jedynie z późniejszym odrodzeniem klubu LZS. W turnieju uczestniczyło wielu amatorów „ping ponga” z okolicy, ale przede wszystkim ze Świerkli, w tym starsi już panowie, którzy pierwsze kroki w tej dyscyplinie stawiali w latach 50-tych właśnie w Świerkli i to też miało swój symboliczny wyraz.
W ogóle świerklanie do tego turnieju włożyli wiele serca, zarówno jako zawodnicy zajmując w sumie 8 miejsc „na pudle” w 4 kategoriach jak i techniczni realizatorzy, którzy także debiutując na pożyczonym sprzęcie przeprowadzili go świetnie. Z grona bywających w Komisji Sędziowskiej do którego należeli także Alfred Koszyk i Jerzy Bednorz pozostali: Bernard Kałuża, Rudolf Rippel, Rudolf Kniec, Norbert Komor i Jan Chmiel, w następnych turniejach występowali praktycznie w niezmienionym składzie. Z kolei Okręgowy Związek Tenisa Stołowego w Opolu swe uznanie wyraził okazałym pucharem, który otrzymał najlepszy zawodnik turnieju.
Warty podkreślenia jest również fakt, iż stowarzyszenie zadbało już wtedy o relatywnie wysoki standard nagród zarówno honorowych jak i rzeczowych, do czego przywiązywało także później znaczącą wagę.
Turniej był nowym elementem w kalendarzu stowarzyszenia, ale wzorem poprzednich lat równolegle z pracami w parku zabiegano o wsparcie dla loterii (w efekcie pozyskane telefony komórkowe z Era GSM, masa zabawek i podręcznego sprzętu z Real’a, opałowy węgiel z Imex-Piechota, sprzęt AGD itd., wówczas robiły wrażenie) by jak najwięcej z wygospodarowanych przez to środków finansowych można było przeznaczyć jako swój wkład w ewentualną budowę boiska utwardzonego – jednego z głównych elementów stałej troski.
Krótko po festynie okazało się, że „Powiat” nie przystąpi do budowy drogi Świerkle – Brzezie, a „Gmina” w związku z tym swoją deklarowaną pomoc w tym zadaniu odwołuje. Niemalże w tym samym czasie w samej wiosce brygady energetyczne zaczęły likwidować linię napowietrzną wysokiego napięcia na boisku. Słowem – jawiła się oto nowa sytuacja, którą trzeba było niemal na gorąco z pozycji stowarzyszenia ogarnąć. „Bliżej” już jednak było wtedy do „Gminy”, a właściwie do decydującej o wszystkim Rady Gminy, bo prezes stowarzyszenia Józef Moczko był jednym z jej członków – radnym ze Świerkli (w sierpniu większością głosów członków stowarzyszenia zdecydowano o wystawieniu go jako kandydata na radnego i utworzono Komitet Wyborczy. W końcu na skutek niedopełnienia formalności w terminie przez czynniki zewnętrzne trzeba było procedurę powtórzyć i powstał komitet indywidualny „Stowarzyszeni”. W efekcie „kandydat” zebrał ¾ głosów w Obwodzie Wyborczym Nr 6 – Świerkle, reszta przypadła kandydatowi z „Samoobrony”). Był to już drugi z kolei radny, który równocześnie prezesował stowarzyszeniu.
Niewykorzystane środki budżetowe (300 tys. zł) na budowę drogi, czy chociaż część z nich, zdecydowano zagospodarować w Świerkli jeszcze w tym samym roku, ale jak?, skoro na każde większe zadanie konieczna była dokumentacja – zadawano sobie pytanie, rozważając problem na forum Rady Gminy ze świadomością o determinacji świerklan. Wyszło na to, że na budowę placu utwardzonego zwanego także boiskiem wielofunkcyjnym, nie potrzeba osobnej dokumentacji, wystarczy zaadoptować gotową takiego obiektu istniejącego już w gminie Dobrzeń Wielki. Radni gminy nie byli jednomyślni w tej kwestii, ale wniosek przeszedł i stało się – jesienią ruszyły roboty, a przed mrozami była już gotowa płyta z asfalto-betonu. Następnego roku wiosną postawiono między nią a drogą główną ekran „bezpieczeństwa”, cztery konstrukcje z koszami do koszykówki, przenośne słupy to siatkówki i wybudowano schludny parking.
To była wielka sprawa, tym bardziej miła dla stowarzyszenia, że już przy podejmowaniu decyzji o budowie „Gmina” to przedsięwzięcie w całości widziała jako swoje, a więc stowarzyszenia zaoszczędziło „kasy” i mogło z kolei więcej swoich spraw załatwić. A było ich sporo, szczególnie stricte sportowych.
Wpierw zakupiono stół i siatki do tenisa stołowego, bo przed kolejnym turniejem dobrze było potrenować na swoim lepszym już sprzęcie, a gdy utwardzone boisko wielofunkcyjne było już gotowe, postarano się jeszcze o siatkę do siatkówki, siatki do piłki ręcznej, kamizelki dla funkcyjnych na zawodach i bramki do „ręcznej” (zrobił je Józef Kokot – ten sam, który w 2002 r. niemal gratisowo wykonał trzy maszty do prezentacji banerów reklamowych). Później na tej samej przychylnej fali sportowej stowarzyszenie zafundowało pierwszy komplet koszulek ze swym logo niezrzeszonym świerklańskim piłkarzom, którzy już wtedy tworzyli zgrany zespół doskonale radzący sobie w rozgrywkach w „swej niezrzeszonej klasie”.
Dla stowarzyszenia była to nowa forma prezentacji organizacji, której jako takiej nie zaniedbywano także wcześniej, chociażby na sławetnym „Śląskim Grzybobraniu” (wrzesień 2002 r.), gdzie SRI Świerkle miało swoje stoisko z banerem reklamowym, a samą imprezę wsparło pomocnie fantami dla loterii. Jedynie grzyby wtedy nie dopisały.
Z kolei na miejscu w parku na nowo postawionych masztach podczas kolejnych imprez łopotał baner stowarzyszenia i sołectwa Świerkle prezentujące podstawowe barwy lokalne i znaki w tym tzw. „herb”, który właściwie był wizerunkiem pieczęci wiejskiej. Symbole te znalazły się także na kolejnych widokówkach i monecie pamiątkowej wydanej po raz pierwszy przy okazji festynu.
Wobec takiej sytuacji nie było też dylematu, co do barw strojów ludowych, których uszycie zlecono wespół z Radą Sołecką w tym samym 2002 r. (już w 1999 r. za sprawą stowarzyszenia „wyciągnięto na wierzch” wspomniany wcześniej wizerunek stempla – „jeleń w skoku przez świerczki” zachowany szczęśliwie na starych dokumentach. Z koeli barwy ustalano na podstawie przesłanek historyczno –etnograficznych, które wskazywały na to, że w Świerkli dominowały dwa nurty kolorystyczne: żółto niebieski i żółto zielony z „czerwoną kreską”, występujące na tzw. skrzyniach posagowych, zwanych też „loudy”, z tym że ten drugi nurt występował także na meblach i chyba był dla Świerkli bardziej charakterystyczny, tym bardziej że w powszechnym kiedyś używaniu było określenie czegoś bardzo kolorowego, jako takie „ciciringrin jak z Kolanowic” przy całym szacunku dla tej starej miejscowości, gdzie prawdopodobnie preferowano nurt pierwszy). Dla uproszczenia pominięto „czerwoną kreskę” i w efekcie flagi szyte w pierwszych latach przez świerklańskie szwaczki Irenę Dziadkiewicz i Sylwię Sowa były żółto-zielone, a stroje ludowe uszyła Elżbieta Kandziora.
O Świerkli i stowarzyszeniu można było przeczytać w „Panoramie Opolskiej”, „Głosie Dobrzenia”, „Beczce” i czasem posłuchać w Radiu Opole.
Nie mogło też zabraknąć jakiegoś nowego konkretu w „wypełnianiu starych intencji” czyli czegoś dla dzieci. Dla nich w ich enklawie parkowej stowarzyszenie zorganizowało kolejne urządzenia zabawowe tzw. koniki bujane (same urządzenia, jak również i ich montaż wykonała firma „Stolarstwo – Kowalczyk” z zaprzyjaźnionej Surowiny).
Była to także dobra wiadomość dla protoplastki „parkowych” poczynań – amerykanki Heleny Sala, mieszkającej już wówczas w Hiszpanii. Utrzymywano z nią jeszcze korespondencje i tym sposobem dowiadywała się ona o kolejnych dokonaniach swych świerklańskich przyjaciół.
Wiele działo się w Świerkli, zmieniały się też zewnętrzne uwarunkowania funkcjonowanie organizacji pozarządowych, jakim było także świerklańskie stowarzyszenie i by choć trochę w to wejść członkowie zarządu uczestniczyli w różnych szkoleniach i konferencjach w Opolu. Wypadało na nich bywać, także z tego względu, że SRI Świerkle postrzegane było w dużej mierze jako pionierskie z racji autonomicznej samodzielności w środowisku a co rusz z niektórych wiosek i miasteczek odzywano się z prośbą o pomoc, informację odnośnie zakładania takiej organizacji, funkcjonowania i doznanych doświadczeń.

Znamienne momenty

Stowarzyszenie postrzegane jako gospodarz parku z enklawą dla dzieci, boiskiem utwardzonym i placem do piłki nożnej, sytuowane było nie tylko przez świerklan, ale również przez czynniki zewnętrzne jako znaczący podmiot w występowaniu w innych ważkich sprawach wioski, na ogół jako dodatkowy, ale bardzo mobilny i konsekwentny szczególnie w postępowaniu formalnym.
Nie było to jednak ani wścibstwo, ani panoszenie się, choć pojawiały się o dziwo głosy niby dyskretne, ale na tyle wyraziste, by je usłyszał kto trzeba, twierdzące że właśnie tak jest, że pojawiła się oto „druga władza” do wszystkiego się wtrącająca, właściwie po co?, głosy – przecieki – z wystąpień (na ogół niedzielnych, przedpołudniowych) fanfaronów w gronie kontestatorów bieżącej sytuacji lokalnej (spiskujących) akurat w oparach degustowanych płynów gdzieś pokątnie za węgłem acz w samym centrum wioski.
„Ktoś” kto potrzebował takiego „nadrabiania plotkarską miną” swego wizerunku, ktoś z ambicjami, ale pasywny wobec dynamicznych działań inicjowanych przez stowarzyszenie, ktoś kto sam z pewnością w cichości uważał że to głupie i nikogo tym nie porwie, a w szerszym oglądzie postrzegane jest jako groteskowe - takie na pokaz.
Pewnie, że w jakiś tam sposób taka „życzliwość” dotykała adwersarzy, znacznie mocniej nawet niż sławetny komentarz „przenikliwego” obserwatora kibicującego z boku pierwszym pracom członków stowarzyszenia, który ni mniej ni więcej mimochodem zaproszony do przyłączenia się stwierdził: „kto pracuje społecznie ten ma g…. wiecznie”. Tak w tamtej jak i w tej sytuacji, stowarzyszenie jak ta przysłowiowa karawana szło dalej a psy szczekały. Społecznego ducha takie manifestacje nie były w stanie zamącić, najlepszy dowód na to, to np. szeroka mobilizacja wszystkich „świerklańskich stanów” przy każdorazowym festynie.
Nie mogło być inaczej, bo kto chciał to widział, że nie ważne kto, ale że coś dla Świerkli konsekwentnie stara się zrobić wykorzystując swe atuty, a stowarzyszenie takim było, bo miało swą osobowość prawną , jakieś już znaczące dokonania, i ciągle zgraną „ załogę”. W sprawie Sali Wiejskiej występowało już nie po to, by ją utrzymać, ale by czym prędzej ja wyremontowano i dobudowano zaplecze, co było konieczne dla poprawy standardu organizowanych w niej imprez i uzyskania przestrzeni gospodarczo technicznej, w sprawie drogi Świerkle – Brzezie, bo byłą absolutnie potrzebna i żeby fakt iż przez „poślizg” w podjęciu jej budowy powstało boisko utwardzone, nie wywołał wrażenia, że przez to, to zadanie upadło (z pewnością głos stowarzyszenia był odnotowywany, na każde pismo Zarząd Dróg Powiatowych odpowiadał, a pierwszy z trzech corocznych odcinków tej drogi – nr 27725 został latem 2003 r. wykonany). Takie oczywiste zachowanie miało także miejsce w „obronie świerklańskiej filii Szkoły Podstawowej w Czarnowąsach” – właściwie 3-klasowego oddziału, choć wiadomo było, że jej likwidacja jest nieunikniona, ale każde odroczenie dla tej przedostatniej placówki kulturotwórczej w Świerkli miało swoje znaczenie. Stowarzyszenie było „blisko szkoły” (podobnie jak i przedszkola), brało udział w imprezach, które organizowała, angażowała dzieci w swoich, uczestniczyła w akcjach szkolnych, jak chociażby „Sprzątanie Ziemi” itd. Podobnie miały się sprawy w kilku innych przypadkach.
Stowarzyszenie występowało z własnymi pismami, w innych było ich sygnaturioszami obok Rady Sołeckiej, miejscowego duszpasterstwa i koła Mniejszości Niemieckiej. Większość z nich samo redagowało, był to proces ciągły. Niezliczoną wręcz ich ilość wypisała bliska stowarzyszeniu Karolina Moczko.
Do stałych punktów w kalendarzu imprez organizowanych przez stowarzyszenie lub z jego udziałem należał już turniej tenisa stołowego, biesiady, spotkania integracyjne (także te ze wskazaniem na dzieci czy wręcz przeznaczone tylko dzici, w tym również te realizowane na boski utwardzonym np. Dzień Dziecka), udział w festynie, a plany były jeszcze ambitniejsze.
Podejmowano kolejne kroki realne w drugiej połowie 2003 r. Było już po wyborach nowych władz stowarzyszenia, które personalnie trochę się zmieniły. W zarządzie prezesem pozostał Józef Moczko, natomiast na jego zastępcę wybrano Bernarda Kałużę, sekretarza – Rafała Knopp, skarbnika – Barbarę Prudlik (też kolejny raz), członka zarządu – Henryka Różanieckiego. W Komisji Rewizyjnej znaleźli się: Maria Konieczko – przewodnicząca, Joachim Komor i Tomasz Grzybek – członkowie.
Prezes i V-ce prezes mający na co dzień w opiece miejscowych niezrzeszony piłkarzy doszli do wniosku, że mimo iż formalnie boiska do Pólki nożnej nie ma, to póki co można poprawić jego standard i postarać się dla niego o jakąś socjalną pakamere. Może „Gmina” by też coś pomogła? – gdybali, np. w załatwieniu ziemi do wyrównania „murawy” czy też w odkupieniu jakiegoś baraku itp.
Stowarzyszenie zwróciło się do OPBP „Jedynka” S.A. (przemysłówka) o odsprzedanie socjalnego kontenera (robociarskiego) z demobilu i spotkało się z przychylnością. Trzeba było jednak zatem poobijany nieco blaszak po cenie złomowej zapłacić, a ważył sporo.
Tą wiadomością jako dodatkową przy przedstawiania propozycji odnośnie boiska także pochwalono się przy okazji w Gminie. Wtedy w „ścianach wójtowych” prezes stowarzyszenia usłyszał znamienne słowa: „żadnego baraku z odzysku na żadnym boisku w gminie Dobrzeń Wielki nie będzie; dla Świerkli zakupi się gotowy zestaw socjalny taki sam jaki stoi w Dobrzeniu Małym, a boisko będzie nowoczesne”.
Lepiej nie mogło być – chciało by się żeby to nastąpiło już, zaraz, bo zbyt długo według świerklan sprawy ocierały się o decydencki obszar zainteresowania.
Takie nowe otwarcie wtajemniczeni świerklanie z miejsca skojarzyli z mniej czy bardziej prawdopodobnymi niusami, że jakoby w Świerkli miało powstać jakieś „centrum rehabilitacyjno lecznicze” dla ludzi starszych bo podobno jakiś lokalny biznesmen z Czarnowąs? zabiegał w Świerkli o działki na to, że jako jedyna wioska nie dotknięta większą industrializacją ma się dalej rozwijać jako mieszkalna. Potwierdzały to z kolei luźne kuluarowe wzmianki, że w świerklańskim parku SRI zamiast wiaty zamierza się postawić jakąś muszle koncertową, może cos w rodzaju małego amfiteatru i takie tam, słowem – Świerkle prawie jak „kurort”.
Słowa padały, ale „na dzień dobry”, jakiekolwiek konkretne ruchy blokowały nieuregulowane sprawy własnościowe boiska. Jak się później okazało załatwienie ich nie było takie proste. Droga od: pierwszych rozmów z prywatnym właścicielem połowy boiska, który miała wpierw swoje „Księgi Wieczyste” wyprowadzić, do zamiany za działki, które „Gmina” ze swojego stanu w Świerkli miała wyznaczyć, była bardzo długa. W 2003 roku proces ten został zainicjowany, a stowarzyszenie ze zrozumiałym niepokojem go „monitorowało” mając za „mediatora” w „momentach” swojego prezesa zarazem radnego.
Procedury biegły swoim urzędowym tempem, a na miejscu nie ustawano tymczasem w poprawianiu tego, co miało być w przyszłości nowoczesne, bieżących naprawach i konserwacjach stałych elementów parku np. wyremontowano i ustawiono na nowo uszkodzoną przy utwardzaniu placu bramkę, na placu znalazło się parę solidnych śmietników (o te stalowe kubły służące kiedyś jako pojemniki na wióry tokarskie wystarał się Andrzej Komor). Z koeli na wiacie pojawiły się spore reklamy miejscowych rzemieślników wspierających stowarzyszenie, a przy głównym wejściu, podobne – stałe znaczących sponsorów.
Jako że nie tylko pracą człowiek żyje, późnym latem stowarzyszenie zorganizowało piknik, w zasadzie otwarty dla wszystkich ujętych „świerklańskimi klimatami” przy ognisku (funkcjonowało już z powodzeniem stałe miejsce na to przeznaczone, często używane) biesiadnie z muzyką i śpiewem. Czasem odnoszono się do bieżących problemów, licytowano dokonaniami, ale także wskazywano na projekty które spaliły na panewce jak chociażby propozycja nazwania jednej z ulic imieniem księdza Henryka Mainki, postrzeganego jako budowniczego miejscowego kościoła na okoliczność 55 rocznicy tego wydarzenia, przypadającą w następnym roku, zamiar zorganizowania „Izby Regionalnej”, czy takich których efekt realizacji trudno było przywidzieć jak chociażby doprowadzenie do odbudowy stanowiska bocianiego gniazda. Wspominano także już o zbliżającym się jubileuszu 5-lecia stowarzyszenia, padały przy tym pierwsze propozycje programowe jego obchodów.
Niedługo potem rozpoczął się remont Sali Wiejskiej, dyskusje co dalej? – nabierały wyrazu a plany rozmachu. Ekipa remontowa miała prace zakończyć w terminie, czyli do końca roku, a doglądający sytuacji miejscowi „zainteresowani” spod szyldu Rady Sołeckiej i stowarzyszenia poczuwający się odpowiedzialnymi za Sylwestra 2003/2004 przygotowywali go choć pewności że lokum będzie gotowe tak do końca nie mieli. Na finiszu jak zwykle nastąpiła mobilizacyjne przyśpieszenie i szczęśliwie „odstrzelono” szampana w pięknej sali pełnej „radosnej atmosfery” i aromatu dosychających farb jeszcze przy lichutkich starych stołach i krzesłach (to się też wkrótce zmieniło – stoły wykonali świerklańscy rzemieślnicy).
Kolejny turniej tenisa stołowego w nowych warunkach, to też już była całkiem inna jakość. Także z tego względu, iż mimo mroźnej i śnieżnej zimy zgłosiło się nań nadspodziewanie dużo uczestników. Wobec takiej sytuacji decyzja na przyszłość mogła być tylko jedna: następne turnieje muszą być już dwudniowe.
W takiej sali chciało się coś organizować, natomiast na zewnątrz już nieco mniej, bo zima zagrała na nosie „stowarzyszonym”. Krótko po nowym roku, bowiem przez dwa tygodnie zmagali się oni z trudnościami w wyszykowaniu lodowiska i dopięli swego, ale jako takie służyło dzieciom i młodzieży tylko 3 dni do nagłej odwilży. Później śniegowo wodna pulpa znów zamarzła, ale to już nie było lodowisko. Nie rozpamiętywano jednak tego wydawało by się „niepowodzenia”, bo ważniejsze były jubileuszowe przedbiegi, a bieżących spraw wynikających chociażby ze współpracy z Radą Sołecką, Mniejszością Niemiecka też nie można było zaniedbać. Głównie chodziło o imprezy dla dzieci, biesiadny Dzień Kobiet i Dzień Matki. Ten ostatni zorganizowano także jako Muttertag 8 maja bardzo okazale tym razem z dużym udziałem DFK.

Do jubileuszu jeden krok

Wszystko działo się jakby w obliczu zbliżającego się jubileuszu, tak samo w Parku Rekreacyjno- Wypoczynkowym. W grupach indywidualnie realizowano kolejne zadania punkt po punkcie od przysłowiowego sprzątania przez „przegląd techniczny” jego elementów, zainstalowanie okazałych tablic z „regulaminem parkowym”, okazałych i eleganckich stylowo tablic ogłoszeniowych (własnym sumptem wykonał je w swoim zakładzie Joachim Komor) po wielkiej wagi w dosłownym tego słowa znaczeniu operację związaną z wyciągnięciem z ziemi wielgachnego kamienia (przed laty zakopano go na terenie obecnego parku z obawy przed rekwizycją za jego przedwojenną przeszłość) i ustawiono w bardziej reprezentacyjnym miejscu by wyeksponować na nim jakąś pamiątkową tablicę z okazji jubileuszu. O ciężki sprzęt techniczny do tej finalnej lokacji kamienia postarał się Artur Przepióra, nie po raz pierwszy zresztą. Z kolei w enklawie dla dzieci pojawiło się nowe urządzenie zabawowe tzw. „karuzela pchana”.
Stale nabierający w ten sposób przymiotów park był zarazem coraz świetniejszym miejscem dla corocznych festynów na których loteria fantowa stowarzyszenia stawała się coraz bardziej żelaznym elementem. Wielu gości przyjeżdżało głównie dla niej. Przysparzała środków nie tylko dla stowarzyszenia, a że w tym jubileuszowym roku przewidywano znacznie więcej poczynań, to trzeba było się mocniej i dużo wcześniej zakręcić o wsparcie rzeczowe i finansowe dla niej, choć roboty bieżącej było dużo (na samym festynie „Dni Świerkli 2004” bogato zaplanowanym stowarzyszenie jako współorganizator przy Radzie Sołeckiej i GOK Dobrzeń Wlk., mogło także sfinansować jakąś usługę muzyczno- kabaretową, tak że w kwestii zasadniczego występu starczyło na coś więcej, wystąpiła „Pigwa”). Do „stałych w uczuciach” znaczących sponsorów należeli wtedy: „Jopek” – fabryka ceramiki budowlanej, „Norgips Poland Ltd” Sp. z o.o. Warszawa, Energetyka Cieplna Opolszczyzny S.A., Elektrownia Opole S.A., Elkom Sp. z o.o. w Brzeziu, „Imex” – Piechota Opole, Bank Spółdzielczy w Dobrzeniu Wielkim i Szkółka Drzew i Krzewów Klaudek Kulas Pisarzowice. Przez Park Rekreacyjno-Wypoczynkowy przewijało się sporo ludzi, szczególnie w czasie imprez masowych (lekko 2 tys.), z tego to względu stowarzyszenie jako jego gospodarz na wszelki wypadek dodatkowo go każdorazowo ubezpieczało.
Swoje duże „5 gr” stowarzyszenie wkładało zwyczajowo już w wystrój skwerka w centrum wioski uważając go za reprezentacyjny podkreślający jej wizerunek w chwilach odświętnych takich chociażby jak np. każdorazowy festyn czy zbliżający się jubileusz stowarzyszenia, stowarzyszenia które w związku z tym zleciło uszycie nowych flag drzewcowych i nowej długiej flagi masztowej. Natomiast swój nowy sporych wymiarów (3,3 x 1,2 m) baner zwijany ze swym logo i nazwą (stara plansza prowizoryczna z płyty pilśniowej znikła wraz z remontem Sali Wiejskiej) już od początku roku prezentowało na wszystkich imprezach.
Wypadało także, aby porządne stowarzyszenie wyposażone w porządne atrybuty zewnętrzne miało też porządnie wyposażonych porządnych członków, tym bardziej na jubileusz. W związku z tym na krótko przed nim otrzymali oni porządne legitymacje członkowskie i znaczki organizacyjne takie „do klapy”. Wydano także w związku z jubileuszem kolejną monetę pamiątkową.
Można było świętować: w sobotę 5 czerwca w Sali Wiejskiej w pełni nowocześnie wyposażonej na zabawie dla wszystkich, następnego dnia w niedzielę 6 czerwca na Mszy św. w intencji stowarzyszenia (w zasadzie za obecnych i byłych członków stowarzyszenia i ich sympatyków) i we wtorek 8 czerwca w Parku Rekreacyjno-Wypoczynkowym gdzie dokonano odsłonięcia tablicy pamiątkowej na „adoptowanym” kamieniu. Podczas tych trzech odsłon oprócz tańców i towarzyskiego biesiadowania wiele było okazji do dyskusji o tym co się przez te 5 lat minionych wydarzyło i do refleksyjnej zadymy nad tym, że aż tyle udało się dokonać i co jest jeszcze możliwe do zrobienia.
„Patrząc” przez pryzmat nazwy organizacji „Stowarzyszenie Rozwoju Inicjatyw Świerkle” można było spokojnie przyjąć, że stowarzyszenie spełniło się po wielokroć. Inicjatyw mu nie brakowało, występowała z nimi dalej niż przewidywał „Statut”. Inicjatywy: podejmowane samodzielnie, z pomocą Rady Sołeckiej i życzliwych mieszkańców, realizowało na tyle, na ile było je stać tworząc tym samym argumenty uzasadniające występowanie o pomoc sprawczą głównie w gminie Dobrzeń Wlk., właściciela terenu użyczonego, którego gospodarzem było stowarzyszenie nazywanego Parkiem Rekreacyjno Wypoczynkowym. Bez udziału Gminy znacznie skromniej by to wszystko wyglądało, o czym każdy członek stowarzyszenia doskonale widział, ale świadom był także tego, że zrobił sporo by stało się inaczej z pożytkiem dla Świerkli, co było zawsze celem nadrzędnym stowarzyszenia. Uchwaliło ono „Honorowe Członkostwo” dla wójta Alojzego Kokota i jego z-cy Ryszarda Śnieżka, jako symboliczny wyraz uznania a poniekąd wdzięczności za „zmaterializowane zrozumienie” świerklańskich inicjatyw przez gminę Dobrzeń Wlk. (wręczenie legitymacji i znaczków organizacyjnych miało miejsce w październiku 2004 r. na Wyjazdowej Sesji Rady Gminy Dobrzeń Wielki w Świerkli).
W międzyczasie stowarzyszenie uzyskało status Organizacji Pożytku Publicznego. W związku z tym skorygowało swój „Statut” i ruszyło z inicjatywną działalnością dalej ku następnym jubileuszom, gdzie po drodze miały się pojawić kolejno sygnalizowane hasłowo sprawy: nowoczesne boisko w Świerkli (jego budowa jako jedno z zadań gminy pojawiła się w budżecie), przenośna podłoga składana do tańca i występów tzw. „tancdilla”, strona internetowa dla Świerkli, własny kącik sportowy na zapleczu Sali Wiejskiej dla świerklańskich sportowców, dostęp do sali WF-u w czarnowąskiej szkole dla świerklańskich niezrzeszonych piłkarzy itd. itd.


J. Moczko - świerklanin