Koncert w Pokoju

Pokój – stolica gminy o tej samej nazwie, miejscowość jakich więcej w okolicy wyróżniająca się jednak wśród nich specyficznym kulturalnym obliczem, uwarunkowanym historycznie. Na pewno widoczne jest to wyraźnie w okresie „Bożego Ciała”, kiedy to ma miejsce parodniowy Festiwal Muzyki Zabytkowych Parków i Ogrodów im. C.M. von Webera.
Tegoroczny VIII już z kolei nosił roboczą nazwę „Weber i Muzyka Zjednoczonej Europy 23-25 czerwca 2011”. Piękna sprawa podjęta w 2004 roku rozwojowa i internacjonalna. Wykształcona z historycznej osnowy „miejsca” i w jego ostałej się materii historycznej.
Pokój – niegdysiejsze Carlsruhe ma w swych znamionach ślady świetnej karty historycznej, choćby na przykład kościoły w których mają miejsce koncerty, choćby parki i ogrody ujęte w tytule festiwalu. Jest to zaledwie część tego co było kiedyś, czym był Pokój kiedyś. Nie ma zamku który stał w miejscu gdzie dziś jest wielkie rondo, nie ma wielu innych budowli, w tym tych związanych z kulturalnym życiem wszelkich stanów. Carlsruhe od któregoś momentu miejsce rodowe „Wuerttembergów” za czasów Eugena – seniora i Eugena – juniora von Wirtenbergów (w II p. XVIII wieku i I p. XIX wieku) było znanym miejscem kulturalnym a na przełomie wieków „stolicą kulturalną” regionu, drugą taką perełką po Wrocławiu w tej części prowincji śląskiej, niemal na kresach ówczesnego Królestwa Pruskiego. Tu były teatry (jeden w plenerze, drugi stały przy zamku ze sceną większą niż we Wrocławiu), rekwizytornia, dom w mieszkaniach którego mieszkali aktorzy i muzycy. Tu wystawiano opery, grano teatry, koncerty, nieraz także z udziałem artystów z zewnątrz na przykład z Opola jak było trzeba. Dla domowników, gości, arystokracji i koronowanych głów, a także dla gminu, każdy mógł przyjść, dla jednych była to uczta duchowa, a dla tych ostatnich także edukacja oświatowa. W Carlsruhe bywali sławni artyści, zwłaszcza muzycy, w tym tytułowy Carl Maria von Weber – przedstawiciel niemieckiego romantyzmu w muzyce, który najbardziej zżył się z rodziną Witenbergów, która też jego najbardziej doceniała. Rodzina umuzykalniona z którą nieraz grał, ale przede wszystkim kierował teatrem, komponował, wystawiał opery i prowadził koncerty (najsłynniejsze jego dzieła to „Wolny Strzelec” i „Oberon”).
Tąpnięcie w Carlsruhe nastąpiło w czasie „okupacji napoleońskiej”, które trwało do wyzwolenia kraju w 1813 roku. W tych trudnych czasach teatr został splądrowany, część rodziny gospodarza powołano” pod sztandary”. Resztki personelu teatralnego dotrwały do 1820 roku kiedy to znów Eugen von Wirtenberg po powrocie z wojny odbudował „kulturę” u siebie, która znów rozkwitła ale już nie z takim rozmachem jak kiedyś. Z biegiem lat było coraz skromniej aż gdzieś tak blisko połowy wieku teatr rozwiązano.
Carlsruhe było dalej znaczącym ośrodkiem ale coraz bardziej uzdrowiskowym, bardziej znanym jako Bad Carlsruhe, gdzie artystycznego życia też nie brakowało ale to już było coś innego. Więcej było komercji jak w każdym szanującym się kurorcie XIX/XX w., gdzie z daleka i okolic przyjeżdżano kurować się i relaksować, także przy muzyce. Tak to wyglądało do wojny. W 1945 roku skończyło się definitywnie. Zostały parki i ogrody, co nieco nadwyrężone i kościoły w których organizuje się Festiwale imieniem C.M. von Webera. Znów przyjeżdżają do Pokoju goście z daleka (nawet z zagranicy) i okolic by delektować się muzyką, która jak się okazuje jest ponadczasowa, internacjonalna. Tak jak ostatnio 23-25 czerwca kiedy to znane „soprany, basy i barytony” zaprezentowały wyjątki z utworów Webera, Mozarta, Chopina, Verdiego, Bacha („europejska” Oda do radości”) i wielu wielu innych historycznych autorów w kościołach i budynku parafialnym. Wszędzie duch epoki, jednak najbliższy świetności Pokoju – Carlsruhe w Kościele Ewangelickim „księżnej” Zofii, którego wnętrze do złudzenia przypomina operę i taką też ma akustykę. Nic tylko przyjechać i posłuchać.

(Gdy w połowie XIX wieku „teatr” a w zasadzie orkiestrę dworską Wirtenebergów w Carlsruhe rozwiązano, o muzyków zadbano. Mogli zostać na miejscu w swych mieszkaniach, zająć się czymś innym, czasem zagrać, ale jeżeli któryś z aspiracjami u progu życia rodzinnego chciał, to mógł zostać na przykład nauczycielem gdzie indziej. Było to możliwe bo wszyscy byli na tyle wykształceni. Tak postąpił Jendrytza – „Hoffmusiker” (muzyk dworski), późniejszy protoplasta wszystkich Jendrytzów, Jenryców i Jędryców z wielu okolicznych wiosek, przed emeryturą był nauczycielem w Masowie, dokąd uczęszczały także dzieci ze Świerkli (wówczas Horst), zanim w 1882 roku dostąpiły własnej szkoły. Jeszcze nie tak dawno we wspomnieniach leciwych matron pojawiał się Jendrytza co to „ich muter w skole w Masowie ucył”. W większości tych rodzin można się doszukać muzyków i muzykantów. W Świerkli też).