Alicja w krainie przodków

Alicja w krainie przodków

 

 

         Poprzez administratora strony www.swierkle.pl dostałem maila z USA. Maili dostaję sporo na moją skrzynkę, ale ten od razu mnie zaintrygował, nie tym jak do mnie dotarł, ale przede wszystkim treścią. Choć było to komputerowe tłumaczenie, samo w sobie nieco ułomne, w mig zrozumiałem że jakaś Alisse z Minesoty wie, że jej przodkowie (pra pra dziadek i pra pra babka – Michael i Johanna Fautsch) w XIX wieku przybyli do Stanów Zjednoczonych z Horst (dziś Świerkle), że chciałaby więcej informacji o swojej familii i że zamierza odwiedzić we wrześniu to miejsce gdzie żyli i z którego wyjechali.

         Sięgnąłem do swych zasobów „archiwalnych” i wyszło, że Fautschowie byli obecni w Horst już w początkowym okresie powstawania wioski, być może od zarania tj. od 1773 roku. W każdym razie zapisane było w urbarzu z 1787 roku, ze byli oni właścicielami miejsca (kolonii) nr 10. natomiast pra pra dziadek Alicji Michael był ich potomkiem, chyba w czwartym pokoleniu, który z żoną Johanną mieszkał na miejscu chałupniczym nr 21 i stamtąd z rodziną w 1890 roku wyjechał. Taką wiadomość, trochę skróconą przysłałem jej meilem w odpowiedzi, dodając, że te miejsca i parę innych związanych z funkcjonowaniem Fautschów w Horst jestem w stanie wskazać.

         Z dalszej korespondencji wynikało, że ten przybór realności zamysłu Alicji gna ją już ewidentnie w krainę przodków, ale też że zna język polski jak ja angielski, więc w sprawę wciągnąłem jak zwykle w takich historyczno językowych sytuacjach spokrewnioną po tej linii mi duszę – panią Helenę. Przygotowania ruszyły. Tym energiczniej bo Alicja zasygnalizowała, że jest akurat na Litwie i stamtąd wyruszy do Opola, gdzie będzie przez 2 dni w hotelu Mercury.

         Ciągle nie było wiadomo, czy jest osobą starszą, dystyngowaną, czy nie, czy podróżuje w większej grupie czy inaczej i czy ma kogoś pod bokiem kto włada językiem angielskim i polskim? Na dzień przed spotkaniem okazało się, że podróżuje sama i sama sobie radzi, no to i my nabraliśmy pewności że sobie poradzimy. Mieliśmy plan wizyty i stosowne genealogie przodków gościa. Zaanonsowaliśmy się w recepcji i po chwili w holu hotelu podeszła do nas skromna młoda kobieta, właściwie dziewczyna. Długie jasne włosy, okulary, radosne oczy i szczery uśmiech, słowem – Alicja.

         Ruszyliśmy w historyczną podróż, jednak według rozkładu praktycznego, a wiece co pierwsze po drodze, a nie zasadniczo problemowo. W czasie jazdy pełny serwis informacyjnie, głównie o familii Fautsch i o tym co chcemy jej pokazać.

         Pierwszy postój pod kościołem Świetej Anny w Czarnowąsach. Spacer wokół niego po cmentarzu. Alicja dowiaduje się, że spoczywa tu wiele pokoleń z jej familii – Fautschów z Horst i z Czarnowąs a pewnie i z innych miejsc. Ogarnia go zadumana i słucha o tym, że chodzili tu na odpust, swój odpust, żeby zapalić świeczkę swym krewnym itd. Od czasu do czasu pstryk aparatem zdjęcie.

         Następne miejsce – kościół Św. Norberta w centrum wioski. Dla świerklan kiedyś i dziś parafialny, dla przodków Alicji jedyny ich kościół. Tam ich chrzczono, tam szli do I Komunii Św., byli bierzmowali, brali ślub, byli na co dzień. Alicja delikatnie muskała wnętrze dostojnego kościoła i patrzyła. Czy widziała te obrazy z przeszłości? Może? Ja zdałem sobie sprawę, że opowiadamy jej właściwie sporą część historii świerklan w ogóle, a na pewno historię wielu innych rodzin, także gdy patrzyliśmy na klasztor przy kościele, bo przecież to w jego dobrach Horst powstało i jego poddanymi byli świerklańscy koloniści w tym również Fautschowie.

         Dalej w drogę. Helena w dalszym ciągu przybliżała Alicji meandry genealogiczne jej rodziny, ta trochę oszołomiona ich mnogością od czasu do czasu zerkała przez szybę na okolicę i stwierdziła, że przypomina jej zupełnie rodzinną Minesotę i czuje się tu jakoś tak swojsko. Za lasem na przedpolu Świerkli stop pod tablicą „Świerkle – Horst” i pamiątkowe zdjęcie. Za parę chwil postój przed kościołem a właściwie przed plebanią, a w odniesieniu do klu eskapady, miejscu gdzie wszystko się zaczęło, wtedy kolonii nr 10. Dziś to co kościelne to zaledwie mała jej część, a pierwotny dom drewniany pod strzechą stał jakby trochę przed dzisiejszą plebanią, trochę bliżej drogi. Z tamtych czasów pozostało nieco materii szachulcowej „w murach” stodoły stojącej za budynkiem plebani. Wszystko to staraliśmy się bardzo dokładnie wyklarować Alicji, w obecności miejscowego duszpasterza ks. Lehnerta, który też razem z nami ruszył do „zabytkowej” stodoły. Wskazywaliśmy Alicji to co jest czysto szachulcowe a więc najstarsze, czego z pewnością dotykali pierwsi Fatschowie, a być może własnymi rękoma postawili. Alicja z czułością dotykała tych starych bali ręcznie ciosanych, strychulców odsłoniętych z glinianego wypełnienia ścian. Co czuła można się tylko domyślać. Obowiązkowa fotka, tylko tyle mogła zabrać ze sobą z tego rodzinnego matecznika. Podobnie z następnego miejsca na skraju wioski od biadackiej strony, kiedyś o numerze 21 i statusie chałupnika. Stąd wyemigrowali pra pra dziadkowie Alicji. Alicja długi i wnikliwie je ogląda, nad czymś rozpamiętywując i słucha co jej Helena z moich wywodów tłumaczy. Ciągnie się to za nią dalej gdy robimy pamiątkową fotografię na tle kapliczki w centrum wioski i w drodze do Brynicy.

         W Brynicy mała runda po wsi, ale przede wszystkim dłuższy czas w miejscowym kościele, Alicja już wie, że pra pra babcia Johanna była z Kilianów i że z Michaelem Fautsch brała ślub w Brynicy przed tym samym ołtarzem przed którym teraz stała i że wtedy był to kościół drewniany. Znów organiczny dotyk przeszłości w ciszy wypełniony jej duchem. Sami w kościele, siedzimy w ławach a ona ogarnia to wszystko. Jak dalece? Tylko ona o tym wie.

         Później był obiad i kawa z ciastem w różnych miejscach ale temat rozmów oscylował dalej wokół Fautschów i Kilianów, czasem z przerywnikami na aktualności. Wiedzieliśmy już o sobie więcej. My, że Alicja pracuje na uniwersytecie i że z programu uniwersyteckiego znalazł się a tej części Europy. Bada różne jej aspekty, czasem ucząc angielskiego. Była już w Polsce, ale dopiero tym razem wpadła na trop europejski swej familii. Ona z kolei wiedziała, że trafiła pod właściwe adresy w swych dociekaniach i ze może na nas liczyć w przyszłości.

         Gdy koło naszej wielogodzinnej podróży się zamknęło i żegnaliśmy się przed hotelem w Opolu, pomyślałem sobie, że warto byłoby ją opisać pod tytułem „Alicja w krainie przodków”, jak widać tak się stało.

 

(Kolonia nr 10 to późniejsza „knosałownia”  leżąca między „kurpierzowniu” i „ryplowniu”. Obecnie rozdrobniona a jakaś część to obecna nieruchomość Duszpasterstwa Świerkle. Miejsce nr 21 to miejsce chałupnika od 1890 roku należące do rodziny Konieczko, dziś też już podzielone).

 

 

 

 

                                                                             J. Moczko - świerklanin