Patronowie ulic (ulica Mehla w Dobrzeniu Wielkim)

skanuj0018 popr.jpeg

         Franciszek (Franz) Mehl – „Mistrz” urodził się 4.10.1868 r. w Dobrzeniu Wielkim, jako jeden z wielu Mehlów w trzecim pokoleniu po dobrzeńskim protoplaście rozległej familii – Danielu, który około 1800 roku wraz z rodziną przybył w te strony, do Brzezia (Finkenstein) – ewangelickiej („niemieckiej”) miejscowości z Rattwitz (Ratowice w Oławskim), gdzie z kolei ich przodkowie przywędrowali ponoć kiedyś z odległego Rheinlandu.

         Po krótkim epizodzie w Brzeziu rodzina Daniela Mehla przeniosła się do Dob. Wlk., a więc bliżej rzeki. Tu Daniel wraca do swego fachu „łodziourza” (schifer). Pojawiają się też trzej kolejni „emigranci” z Rattwitz podobnie jak on kiedyś chcący lepiej prosperować w tej profesji co tam przy nadmiarze zajmujących się zarobkowym pływaniem było raczej trudne, a tu bardziej w górze Odry możliwe.

         Kolejne pokolenia Mehlów wrastały w środowisko przybierając lokalnego kolorytu, trendów i sympatii zachowując sentyment do żeglugi i szkutnictwa. Z czasem już nie tylko „siedzieli na ziemi”, budowali łodzie i pływali, ale także byli obecni w rzemiośle właściwie już przemyśle, handlu, byli intelektualistami i duchownymi. Wszędzie wykazując się permanentną przedsiębiorczością.

         W którymś momencie Mehlów zaczęto uosabiać z dwoma przedstawicielami rodu, kuzynami (dalszymi). Tych od interesu – fabrykantów „firmował” Viktor – „Vatel Mehl”, a tych prosperujących bliżej ziemi Franz Mehl – „Mistrz”. Każdy z nich czymś wcześniej się wykazał, czegoś dokonał.

         Zanim młody Franz zdobył upragniony „Dyplom Mistrzowski” (Meisterbrief) musiał przejść kolejne etapy nauki zawodu, terminowania u rzeczywistych mistrzów kowalstwa. Wpierw w nadreńskich stoczniach, później w Koźlu nad Odrą. Dobrze sobie w zawodzie radził i z czasem odłożył trochę grosza. W 1897 roku ożenił się z Johanną Świerc i na ojcowiźnie obok solidnej jeszcze chaty pod strzechą postawił dom i kuźnię, przy głównej drodze (obecna ulica Namysłowska).

         Od końca XIX wieku trwał wyjątkowo dynamiczny rozwój w kraju. kowale mieli pełne ręce roboty. Przyjmowali sporo uczni i rozbudowywali kuźnie. Po czasie młody energiczny kowal doszedł do wniosku, że lokalizacja jego „interesu” nie jest najlepsza z tej racji, że „za plecami” (na obecnej ulicy Młyńskiej) też była kuźnia. Sprzedał więc dom i kupił plac w innym miejscu (przy obecnej ulicy Kościelnej). Wybudował nowy dom i sporą kuźnię. Tu rodzina urosła do 11-osobowego stanu (jedno dziecko zmarło).

         Kowal Franz Mehl nazywany Mistrzem miał już wtedy wyrobioną markę i cieszył się powszechnym szacunkiem. Szczególnie u części dobrzeńskiej społeczności żyjącej z gospodarki. Choć wytwarzał wiele żelaznym rzeczy dla budownictwa, być może i dla stoczni, gospodarstw domowych, to jednak oni byli jego najliczniejszą klientelą. Podkuwał konie, reperował wozy, sprzęt rolniczy, maszyny itd. Przy tym w kuźni komentowano światowe i lokalne wydarzenia jak na swoistym forum dyskusyjnym „landmanów”. Tu wieści dochodziły i stąd rozchodziły się dalej.

         Wszyscy wiedzieli, że „Mistrz” to człowiek prawy, wartości chrześcijańskie stawiający nad inne, ze jest blisko kościoła i honoruje w jego dwujęzycznej opcji językowej tą polską, podobnie jak co najmniej połowa ówczesnej wspólnoty parafialnej. Wiedzieli też, że w takim chrześcijańskim duchu wraz z żona Johanną wychowuje swoje dzieci i że dla równowagi niektóre z nich uczęszczały do oddziału polskiego w tzw. „Polskiej Szkole” w Dobrzeniu Wielkim, co w tym czasie nie było niczym szczególnym, bo taki był poplebiscytowy klimat.

         Nie dziwiło też specjalnie nikogo, gdy ktoś wysłał swe dziecko po podstawówce na dalsze nauki poza kraj. Zasadniczo by ominąć barierę jaką była na miejscu opłata czesnego, które tam było fundowane. W taki sposób za sprawą dobrzenianina ks. Jana Szymały – proboszcza w Lublińcu, tam do liceum trafił syn kowala Mehla – Piotr. Zaważyło to później na dalszym jego życiu znacząco przed i po wojnie.  W każdym razie z różnych względów nie wykształcił się na „wielkiego” muzyka – wirtuoza skrzypiec, jak to widział ojciec, sam nieźle radzący sobie z tym instrumentem, podobnie jak połowa rodziny, a wszyscy na czymś potrafili grać. Jak w niedzielę przed domem na ławce rodzinnie zagrali, było czego posłuchać, a jak się jeszcze „polouki” (rodzina Pollok) po sąsiedzku „przez płot” włączyła z trąbami to już był koncert na 102.

         Tymczasem lata mijały i wiele się zmieniło. Opodal kuźni stanął nowy wielki kościół, trochę dalej klasztor, we wsi zaistniało kilka nowych geszeftów. W kuźni też ciągle coś modernizowano. Był już w niej „autogen” do spawania acetylenem. Franz Mehl ukuł wiele elementów do kościoła, był na bieżąco w potrzebie. Został kościelnym dzwonnikiem i palaczem. Przewodniczył w czasie uroczystości kościelnych i pielgrzymkom. Był „etatowym” użyczającym głosu kwestii „Jezusa” w Męce Pańskiej.

         Zmieniał się też wspomniany wcześniej klimat społeczny. Wódz nowym czasów Führer tykał wszystkiego tego co Mehl „Mistrz” najbardziej szanował: religii, kościoła i honorowanego w nim języka oraz obyczaju. Nie lubił Hitlera i wszystkich którzy na każdym kroku „heilowali” trzaskając obcasami na jego cześć. Miał już swoje lata i nie przejmował się ewentualnymi reperkusjami. Wciąż aktywny w swej kuźni szykowanej z wolna dla syna Rocha podejmującego już niektóre obowiązki gospodarza.

         Każdego, kto zachodził do kuźni już w progu witał widziany w głębi pokaźny napis „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Z takim pozdrowieniem każden zwracał się „na dzień dobry” do gospodarza i do obecnych. Gospodarz odpowiadał „na wieki wieków” nawet wtedy gdy ze strony gościa usłyszał prężne „Heil Hitler”. Czasem wskazał znacząco na napis ze słowami „tu się tak pozdrawia”. Z nastaniem wojny już bardziej ostrożnie, bo dylematy rodzinne z nią związane wymagały rozsądku. Na dodatek na froncie wschodnim poległ syn Roch, który miał przejąć kuźnię.

         Po wojnie Franciszek Mehl – „Mistrz” służył dalej dobrzenianom swą kuźnią jak długo zdrowie pozwalało. Ciężko mu było ze względu na rodzinne wydarzenia. Nie cieszyła go też nowa rzeczywistość, która była w wielkim dysonansie do tego co sobie wyobrażał, że ewentualnie nastąpi po upadku „Vaterlandu”. Podobnie jak zawiedzionych było wielu prostych miejscowych obywateli – ślązaków. Zmarł 23.01.1948 r.

         „Historia” powojenna wyniosła Franciszka Mehla „Mistrza” i jego syna Piotra do poziomu obywateli zasłużonych i uhonorowano ich patronactwem ulic w Dobrzeniu Wielkim i Opolu.

         Na zdjęciu Franz Mehl z żoną Johanną.

 

 

                                                        J. Moczko – świerklanin

                                                     (opr. według relacji rodziny)