Łuna nad Kotorzem Małym

Kottorz01.jpeg

         Mocno wyblakłe, tak, że coś konkretniejszego trudno się na nim dopatrzeć – zdjęcie, zdjęcie jakich nie do końca rozpoznanych wiele można jeszcze spotkać przerzucając, przebierając czy pakując jedno po drugim ze sfatygowanej „familijnej materii historycznej”, często już anonimowej. To jednak ma wyraźnie zachowany nadruk „mówiący” za to co „na obrazku” – „Kl. Kottorz n.d. Brande am 10 Aug. 1903“, że był pożar we wsi, ogromny.

         Dziś w Kotorzu Małym coś tam ktoś niby o tym wie, ale w szczegółach prawie nikt. Pewnie najwięcej pani Hildegarda. Wiele lat temu spisała na kawałku szarego grubego papieru to co jej „ołma łosprawiali”. O wielkim pożarze i historii jaka się wtedy wydarzyła, w miejscu gdzie mieszka, w miejscu Matejów. Z tych prostych zapisów nie trudno sobie wyobrazić co się tego sądnego dnia – 10 sierpnia 1903 roku działo.

         Matejowie mieli swoje miejsce i dom przy tzw. „malapaneweigu” (później Malapanerstrasse, obecnie ulica Wodna). Przedtem mieszkali: wpierw w Kolanowicach, gdzie  Jan Mateja i Julia z domu Janus w 1878 roku się urodzili i pobrali, następnie w Opolu, gdzie ciężko pracowali, Jan w cegielni, a Julia w fabryce cygar. Oni i dwóch sąsiadów mieszkali na samym końcu drogi (kawałek od „Wilczka” (Świerc), od ich strony pierwszego z większej zwartej zabudowy ciągnącej się od jej początku czyli od drogi głównej) między „Marzaciky”(Matysek) a „Handrysy” (Dlugos), który był ostatni, dalej było już tylko pole i rzeka Mała Panew. Mieli już dwoje dzieci, które urodziły się jeszcze w Opolu, a Matejowa – Julia (babcia Hildegardy) znów była przy nadziei.

         Kolejny dzień spiekoty, sucho, ale już nie całkiem bezwietrznie. Wieś zajęta żniwami, sianokosami, w ogóle pracą w polu, codzienną krzątaniną na gospodarstwie, a co niektórzy na swoim „geszefcie”. Nie wiedzieć kiedy zaczęło mocniej wiać. Chwilę później wiatrzysko porywało już coraz więcej ze sobą tego co napotkało po drodze. Pochyleni w polu podnieśli głowy, inni wyszli z chałup by zobaczyć co się dzieje i zdębieli. Od wioski szedł ogień wysoki i szeroki, widoczny nad domami. Gnał za wiatrem i wszystko co ten poderwał w górę, porywał i tarmosił, on swymi jęzorami pochłaniał i kłąd się na kolejne zabudowania. W lewo w prawo, na wprost rwała szalejąca łuna i parłaa to ku Małej Panwi, a to ku Turawie, a to ku Kotorzowi Wielkiemu. Kotłujące się piekło daleko i wysoko wypluwało palące się jak żagwie snopki, kłeby siana i inną materię. Ludzie pierzchali w bezpieczną stronę. Kto miał chwilę zabierał na prędce coś z dobytku.

         Nie wiele czasu mieli też Matejowie, a Julia w stanie błogosławionym, miast uciekać, ociężała wyszła z obrazem „Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny” i zawiesiła na chałupie.

         Stała się rzecz niebywała na oczach wielu pogorzelców. Łuna jeszcze zalała ogniem Handrysów i dziwnie się zakręciła, poszła wściekle w górę nad Matejami, wyrzucając daleko palące się snopy połknięte dopiero co u sąsiada. Jeden trafił prosto do „slapy” (okno pod okapem do składowania siana na strych) lub na zerwany częściowo szturmem dach i w mig wszystko wokół się zapaliło. Domek Matejów wciąż stał nietknięty a nad nim piekło. Ława ognia poszła dalej w pole trawiąc to co ze sobą porwała i w końcu się wypaliła.

         Podobno spadł później lekki deszcz ale spalone było wszystko. Olbrzymie szaro czarne pogorzelisko i gdzieś na nim jeden cudem ocalały dom, „w takim ogniu” – jak przez wiele lat opowiadała Julia, „cała chata skwierczała, sęki się w niej smażyły a w górze fruwające żagwie, to tylko dzięki temu obrazowi tzn. Najjaśniejszej Panience się ostała”.

         Jakiś czas przyjeżdżano do Kotorza Małego nawet z daleka oglądać miejsce Matejów i w ogóle pogorzelisko. Pogorzelcom okoliczni mieszkańcy po sąsiedzku doraźnie pomogli, ale większa pomoc przyszła „ z kraju” – jak zostało zapisane na papierze. Otrzymali pieniądze i materiały do odbudowy. Turawski „Grouf von Garnier” na przykłąd zafundował im wszystkim dachówkę. Matejowie nie dostali nic bo pożar ich oszczędził.

         Mocno już podupadłą chatę z żalem rozebrano 50 lat później jako ostatnią taką we wsi.

         Pożar wznieciły dzieci u gbura Swientka (dziś miejsce przy ulicy Opolskiej vis a vis Pawilonu Handlowego „abc” – Kasia) nie opatrznie. Zapaliły kupkę suchego perzu (zrobiły fojerka) nic szczególnego na gospodarce, ale mocny wiatr rozdmuchał ognisko, rozwiał i się zaczęło.

         Obraz Najświętszej Panienki – Zwiastowanej – przechowywany jest do dziś, a o pożarze każdorazowo przy strażackim święcie Świętego Floriana się wspomina i tak już chyba pozostanie.

         Gorącym i duszącym kłębom dymu nie zdążyła ujść 62-letnia Maria Sowa, zginęła, co jest zapisane w księgach.

         Na starej lichej w sumie fotografii można dojrzeć parę gołych kominów i szczyt jakiegoś budynku, może stodoły, stodoły z pełnym szczytem i normalnie ścianami kombinowanymi (filary a miedzy nimi drewniane wypełnienie) jakie stoją jeszcze dziś w niektórych wioskach.

Pięć lat później w Kotorzu Małym znów zagorzało, ale o tym przypadku innym razem.

 

 

                                               J. Moczko – świerklanin

                             (współpraca p. Hildegarda Kupka i Rajmund Hys)