Patronowie ulic (ulica Jakuba Kani)

kania (1).jpeg

Siołkowiczanin

         Jakub Kania urodził się 11 lipca 1872 r. w Siołkowicach Starych w rodzinie rolniczej Jana i Elżbiety z domu Glatki. Gospodarstwo (zabudowania) „od zawsze” przylegało podobnie jak cała zasadnicza część gospodarstw z czasów powstawania wioski do czółenkowego (kształt tkackiego czółenka) centrum ze stawami w środku, ciągnącego się paręset metrów.

         Jakub był jedynakiem, powszechnie nazywanym „Kuba Wojtaszek”. Tak zwyczajowo mówiło się na jego ojca, dziadka itd. a na Kaniów - Wojtaszki”.

         Ojciec miał gospodarkę poukładaną, nie musiał syna nadmiernie pracą czy obowiązkami obciążać. Sam też potrafił znaleźć czas na książkę. Czytał głównie polskie książki na głos. Tak więc Jakub (Kuba) w szkole elementarnej uczył się po niemiecku, w domu mówiło się po polsku, a z ojcowskich czytań przybierał „polskiego”. Polski był tez obecny w kościele. Gdy w 14 roku życia podjął naukę w szkole rolniczej w Opolu, tymi trzema językami dobrze władał. W 20 roku życia został wcielony do wojska do 9 baterii 21 Regimentu w Prudniku. Był artylerzystą. W wojsku jak w wojsku, czasami wychodziło się na miast w wesołej kompanii. Śpiewali, przegadywali się po śląsku. Zagadnął ich emerytowany polski nauczyciel Filip Robota. On Jakuba Kanię co do polskości zachęcał i zaproponował aby pisał tak jak potrafi – po śląsku, a teksty następnie wysyłał do „Gazety Opolskiej” Bronisława Koraszewskiego. Gdy później Jakub czytał swoje poprawione utwory w gazecie i porównywał z tym co wysyłał, uczył się jakby na swoich błędach przyswajając sobie coraz lepiej gramatykę języka polskiego. Prenumerował Gazetę Opolską i rozpowszechniał w Siołkowicach  i tak jak w przypadku nauczyciela Robota tak i między nim i Koraszewskim zawiązała się znajomość – przyjaźń.

 

Samookreślenie

kania (2).jpeg

         Gdy Kania wrócił z wojska od razu uaktywnił się w siołkowickiej filii Towarzystwa Polsko- Katolickiego „Oświata”, którą założył Jan Mehl z Dobrzenia Wielkiego (wcześniej w 1891 r. organizację macierzystą w Opolu utworzył Koraszewski). Organizował spotkania, zabawy na których deklamowano także wiersze, grano przedstawienia teatralne. Niektóre teksty były jego autorstwa.

         Jakub Kania pisał i wygłaszał przemówienia i tak rok po roku wchodził w obszar prezentacji polskości. Prezentacji dla której dotąd głównego bohatera – prawdziwego Polaka ściągano z zewnątrz. Teraz Kuba od Wojtaszków – Jakub Kania – nim bywał. Bywał bo proza życia wyglądała inaczej, na co dzień w siołkowickiej rzeczywistości, śląskiego oblicza, więcej było niemieckości, bo to i urzędy, szkoła, fasada, korespondencja, „porządek”, wojsko, niektóre geszefty w końcu część mieszkańców. W tygodniu praca, tylko w niedzielę i święta więcej czasu na pasje i „światowe sprawy”.

         Mimo młodego wieku Jakub Kania cieszył się już pewnym poszanowaniem we wiosce. Pisał, wydawał, działał ale też pomagał już innym w formalnościach, korespondencji, załatwianiu itd., przy tym był przede wszystkim przykładnym katolikiem. On był bliżej tej bajkowej Polski – obrazu jak i inni siołkowiczanie wynieśli z kościoła, swoistego olimpu z krakowskim Wawelem i śpiącymi w jego podziemiach królach, Matki Boskiej Częstochowskiej Powierniczki Polskiej, całego tego panteonu wyniesionego z przeszłości.

         W zastępstwie Bronisława Koraszewskiego (był akurat w więzieniu) Jakuba Kanię i Bartłomieja Kampę z Siołkowic w 1898 r. delegowano na uroczyste odsłonięcie pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie. Przemówienia były zabronione, tylko muzyka, tłumy ludzi i kordony carskiej policji. Jednak wieczorem na tajnym spotkaniu Kania wśród „prawych Polaków” przemawiał i recytował wiersze, następnego dnia spotkał się jeszcze z Henrykiem Sienkiewiczem i razem z Kampą ruszyli do domu. Gdy tylko znaleźli się w Siołkowicach zostali aresztowani. Za nielegalny wyjazd za granicę zostali ukarani. Kania grzywną a Kampa aresztem. To już była gruba polityka, jeden z trzech obszarów w którym się Jakub Kania określił, poza literackim i tym podstawowym gospodarskim, bo przecież był jedynym, który miał przejąć ojcowiznę. Czas był też by się żenić. Wybranka była młodsza od niego o osiem lat – Paulina Toma, córka gospodarza z Siołkowic, także opcji polskiej. Wzięli ślub 10 lipca 1900 r.

 

Mąż i ojciec, poeta, działacz i...

         Jakub zostawał bliżej domu, w wolnych chwilach pisał, a dusza grała po staremu. Na świat przychodziły dzieci (Bronisław w 1902 r.  i Antoni w 1904 r.), w międzyczasie we wiosce wszystko szło jak zawsze, codzienna praca, kościół, świętowanie.  Z wielkim rozmachem szykował się akurat „fajer” Kriegesvereinu z okazji urodzin cesarza. Kania wykorzystał moment na dzień przed, i cichcem (specjalnie nie musiał bo w kościele nie był kimś obcym) wszedł na wieżę. Zabrał flagę „vereinu” z pokrowca zostawiając w nim wiecheć słomy. Następnego dnia flagi przed celebrą coś długo nie wywieszano, zamieszanie, ale krótkie, bo taki numer mógł tylko Kuba Wojtaszek wywinąć. Wnet znaleziono flagę w jego stodole. Za ten „żart” odsiedział 6 miesięcy w oleskim więzieniu. 

         Wśród wielu siołkowiczan i nie tylko czyn ten wzbudził oburzenie, bo przede wszystkim miał miejsce w kościele i to na moment przed uroczystą celebrą, a poza tym Kriegerverein miał sporo sympatyków, a członków – weteranów wojny 1870/71, zwycięskiej wojny, wszędzie szanowano. Kriegerverein zajmował znaczący obszar życia społecznego. Organizował różne imprezy, w tym i takie z przesłaniem patriotycznym obstającym przy państwie niemieckim, podobnie jak inne organizacje np. Spritzenverband (straż pożarna), szkoła itd.

         Po przeciwnej stronie było Towarzystwo Polsko- Katolickie „Oświata” z Jakubem Kanią. Nie było między nimi permanentnego konfliktu. Były stanowiska, w codziennej egzystencji na dalszym planie. Kania stracił na tym incydencie, ale nie na tyle, by przestać być uważanym za znaczącego siołkowiczanina.

         Urodziły się kolejne dzieci: Tadeusz w 1906 r., Józef w 1908r. i Elżbieta w 1911 r. To już była gromadka, o którą trzeba było zadbać. Gdyby nie żona Elżbieta, która męża we wszystkim wspierała, znacznie trudniej by było Jakubowi utrzymać dotychczasowe zaangażowanie.

         Coraz częściej bywał zapraszany na wesela śląskie jako starosta weselny. Sam pisał stosowne teksty. Starał się nie powtarzać. Wiele wierszowanych, tak jak dotąd z różnych okazji. Pewnie już wtedy objeżdżał swe Siołkowice, okolicę, goniąc za „sprawami” rowerem, zaglądając czasem do Opola z przezwiskiem „Uoblećświat”.

         W 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Jakub Kania – ojciec wielodzietnej rodziny póki co nie był powoływany. Za to wzywano go do pełnienia warty w Opolu. Jednego razu „wacha” już była obstawiona. Wracając w grupie w którymś momencie rozmowy zacytować frazę w sensie że z tej wojny powstanie Polska. Gdy się to wydało został znów aresztowany wraz z dwoma kompanami z Dobrzenia Wielkiego. Prowadzeni w mieście omal nie zostali przez tłum patriotycznie zlinczowani, musiała ich chronić policja.

         Z takim doświadczeniem powołany został pod sztandary na front francuski. W tym czasie zmarli rodzince. Był na ich pogrzebie a z wojny wrócił jeszcze przed jej zakończeniem. Powstał kraj Polski, nie sięgał jednak tak daleko jak Kania się spodziewał ale mogło się to jeszcze zmienić, bo gdzieś tam dalej na Śląsku mocno się o to starano. W pewnym momencie zbrojnie, w powstaniach. W Opolu miała miejsce polska manifestacja patriotyczna z okazji rocznicy Konstytucji 3 Maja. Kania i paru siołkowiczan wybrało się na nią. Po drodze zostali dotkliwie pobici i przegonieni. Działała już wtedy na Śląsku Międzysojusznicza Komisja Plebiscytowa. Miała przeciwdziałać przejawom rewolucyjnym. Nie zawsze sobie jednak z tym radziła a jej uczestnicy nie do końca byli bezstronni. Kwestię  przynależności Śląska rozstrzygnął Marcowy plebiscyt w 1921 r. Na Opolszczyźnie opcja polska przegrała. Znów zaczął się ferment. W podopolskich wioskach także w Siołkowicach werbowano młodych mężczyzn (najczęściej  od 16 do 19 roku życia) do kolejnego powstania. To już była inna sytuacja niż przy pierwszych dwóch powstaniach. Druga strona też werbowała z podobnym skutkiem. Miała większe możliwości i ciche wsparcie sił postvaterlandzkich.

 

Polak - powstaniec

         Werbownicy polscy do Jakuba Kani się nie zwrócili bo miał już 48 lat, ale on okrzyknięty już nie raz „Królem Polskim” ironicznie w negatywnym  sensie tego określenia, świadom, że nie wszyscy go lubią i że obie strony posuwają się do ekstremizmów (w gazetach pełno było ogłoszeń o napadach, mordach a policja była w stanie tylko wyznaczać nagrody za wskazanie sprawców, tyle było tych przypadków) obawiał się szykan a nawet czegoś więcej. Poszedł za powstańcami. Był z nimi w potyczkach ale miał też okazję zwiedzić Kraków, być na Wawelu – tym bajecznym polskim miejscu.

         Po podziale Śląska z opolszczyzną po staremu w kraju niemieckim, Jakub Kania – zdeklarowany Polak, otrzymał propozycję przeniesienia się do Polski, do poznańskiego, na równoważne gospodarstwo. Nie skorzystał z niej.

         Ten siołkowiczanin – „Polski Król” mimo niechętnej mu części mieszkańców wioski ciągle więcej znaczył w Siołkowicach niż gdzieś tam. Tu było jego miejsce, miejsce Kaniów – Wojtaszków od zarania. Ponoć kiedyś powiedział, że tu na opolszczyźnie polskość trzeba by od początku (od podstaw) wprowadzać, a w sytuacji jaka była i jest zawsze trzeba sobie radzić. Kania sobie radził, bo znał doskonale język niemiecki, struktury, oblicze niemieckiego kraju. Dalej działał, mimo obraźliwych przytyków, robił swoje.

 

Osoba publiczna

         Sytuacja społeczno polityczna się klarowała. Jakub Kania mógł więc szerzej występować jako osoba reprezentująca interesy siołkowiczan a nawet szerszego kręgu, podobnie jak kilku innych siołkowiczan z innych „falang”, jak wielu innych mu podobnych z okolicznych wiosek. Wystąpił w wyborach na posła do „Kreistagu” (sejmiku powiatowego) póki co jako „bauer”  - rolnik w 1925 r. W następnym roku już z ramienia Polsko – Katolickiej Partii Ludowej (jako pierwsza nazwa partii zawsze była w języku polskim). Oprócz niego wśród 32 posłów znalazło się także paru innych „polskich królów” z podopolskich miejscowości. W sejmiku znalazł się też jeszcze jeden siołkowiczanin Skóra Piotr z ramienia Katolickiej Partii Ludowej „Centrum”. Jakub Kania był wybierany na posła przez wiele następnych lat do 1932 r. z ramienia tej samej partii.

         Zasadniczym jednak zajęciem Jakuba Kani była praca na gospodarstwie. Wprowadzał nowinki, usprawnienia, a przy tym zajmował się również pszczelarstwem. Zdążył też już (z początkiem wieku) wybudować nowy dom murowany, by rodzina miała gdzie mieszkać. Trzeba było zadbać o wykształcenie dzieci, a to kosztowało. Zdecydował się prowadzić firmę handlującą nawozami i węglem. Między tym potrafił znaleźć czas by pisać, założyć kółko śpiewacze, zachęcać do korzystania z usług Polskiej Spółdzielni „Rolnik” w Opolu, Banku Polskiego.

         Dzieci tymczasem uczyły się, studiowały. Bronisław studiował w Szkole Rolniczej w Cieszynie, Tadeusz różnie, w Wiedniu, Berlinie i Wrocławiu, Józef budownictwo w Poznaniu i Lesznie. Natomiast Antoni i Elżbieta ukończyli kursy gospodarcze tzw. Haushaltungschule. Pewnie miało też jakieś znaczenie, to że ucząca się w Polsce młodzież z niemieckiego śląska miała naukę opłacaną przez polskie związki. Jakub Kania cieszył się, że dzieciom dobrze szło i że inni siołkowiczanie wysyłali swe dzieci do szkół. Był zdecydowanie za nauką.

         Tymczasem nadszedł rok 1933, rok zwycięstwa nowej idei narodowosocjalistycznej. Liczyli się tylko brunatni „Parteigenose”. Znakomita większość posłów sejmiku powiatowego znalazła się poza publiczną sferą społeczno-polityczną w tym znani w podopolskim środowisku Jakub Kania i Bieniusa Karol z Dobrzenia Wielkiego – Polsko-Katolicka Partia Ludowa, Laxy Maximilian (amtowy z Czarnowąs) i Wosch Piotr I (z Siołkowic) – Katolicka Partia Ludowa „Centrum”, a także długoletni Starosta Opolski (Landrat) Graf von Matuschka. Wielu już nigdy nie zostało osobami publicznymi, niektórzy byli prześladowani, a Graf von Matuschka u schyłku panowania reżimu został zgładzony. Jakubowi Kania i jego synom też nie było lekko. Bronisław w czasie wojny, ukrywał się gdzieś w Rzeszowskim, tam wstąpił do 2 Dywizji im. Jarosława Dąbrowskiego ciągnącej wraz z Armią Radziecką. Tadeusz wojnę spędził w  więzieniu w Brzegu i w obozie  w Buchenwaldzie. Józef pracował w „Kędzierzyńskich Azotach” do końca wojny. Antoni został powołany do Wehrmachtu, niewiele powojował, trafił do niewoli radzieckiej. Jakub Kania był w domu, gdy weszli Rosjanie. Ginęli ludzie, paliły się zabudowania. Kania ledwo uszedł z życiem z płonącej stodoły, do której sowieci go zagonili.

 

Witaj Polsko   

          Z końcem wojny życie Jakuba Kani nabrało  nowej jakości. Został członkiem Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach (województwo Śląsko – Dąbrowskiej do którego należało również Opole). Tam zdarzało mu się spotykać a Aleksandrem Zawadzkim. Był to gorący początek odbudowy, ale także czas rozwiązywania spraw narodowościowych.         Zdarzało się, że Jakub Kania poirytowany wsiadał na rower i pędził do Opola, a następnie może i dalej by „ratować” niesprawiedliwie zweryfikowanych. Oburzały go nadużycia dokonywane przy tym, w ogóle nadużycia wobec rodzimej ludności.

         Chołubiony przez władze, odznaczany, wyróżniany, zapraszany, nie w pełni był szczęśliwy, bo ta nowa Polska różniła się od tej na którą czekał. Przede wszystkim dlatego, że ferowała ateistyczne wartości, co dla niego głęboko wierzącego katolika, wiekowego już człowieka trudne było do zaakceptowania. Reszta niby mu nie przeszkadzała. Sytuacja jakby z dawnych czasów, kiedy w którymś momencie stwierdził, że mniej go denerwuje niemieckość niż to że za jej sprawą przywlókł się luteranizm. Podobny utrzymał też się dystans  między nim a znaczną częścią siołkowiczan, bo niejako firmował na miejscu nową władzę, która do nich, w ogóle ślązaków, odnosiła się z rezerwą, a wynosiła tylko wybranych. Po większej części, tak jak kiedyś, odwiedzali go ludzie z zewnątrz, raczej oficjaliści, działacze, dziennikarze, naukowcy, studenci, dzieci szkolne. Lubił te odwiedziny, szczególnie gdy dotyczyły jego literackich dokonań, opinii, życiowych rad.

         U schyłku życia mieszkał sam, sprawny fizycznie i umysłowo. Niemal do końca swych dni pisał. Rodzina zaglądała do niego opiekuńczo, także syn Tadeusz – lekarz, który na co dzień przyjmował w czarnowąskiej przychodni. Jakub Kania zmarł 3 grudnia 1957 r.

         Od Jakubie Kani zaczęto pisać. Wydawać zbiory jego utworów, cytować, pojawiał się w opracowaniach, oddawało mu się hołd jako zasłużonemu śłązakowi -  Polakowi, poecie, pisarzowi ludowemu, działaczowi oświatowemu i naukowemu, powstańcowi. Pamięć o nim uhonorowano nadając jego imię szkole w Chróścicach, Zespołowi Szkół Rolniczych w Izbicku, ulicy w Opolu i ulicy w Czarnowąsach (gmina Dobrzeń Wielki), która bierze swój początek opodal przychodni, gdzie kiedyś przyjmował jego syn dr Tadeusz Kania. W rodzinnym domu jeden pokój przeznaczono na Izbę Pamięci o Jakubie Kania a na ścianie budynku zawieszono tablicę pamiątkową. We wsi stanął jego pomnik.

         Aktualnie „Izba Pamięci Jakuba Kani” znajduje się w publicznym budynku biblioteki w Siołkowicach tuż przy pomniku, sąsiedni pokój zajmuje siołkowicki TSKN, tak to historia wszystko poukładała.

 

                                                        J. Moczko – świerklanin

 

Na zdjęciach:

1.     Jakub Kania

2.     rodzina Jakuba Kani w okresie międzywojennym: Paulina i Jakub, córka Elżbieta; (stoją od lewej): Józef, Tadeusz, Antoni, Bronisław,

3.     pomnik Jakuba Kani w Siołkowicach

4.     Izba Pamięci

5.     tablica pamiątkowa na ścianie domu rodzinnego