Brynicki teatr Rudolfa Frühmarka

brynickiteatrefruh.jpeg          

            Była niedziela. Rodolf musiał się już koło południa zbierać, żeby zdążyć na autobus, a w ogóle żeby się zameldować przed godziną 22 na kompanii. Z peryferii Gróbka miał spory kawał do wioski, wyruszył więc odpowiednio wcześnie. Na przystanku wojaka oblegli koledzy i dawaj namawiać, żeby trochę z nimi został, wstąpił do Slabika (sala wiejska), bo tam bryniczanie teatr grają, a oni później odwiozą go na motocyklu do Opola i w ten sposób zdąży do „swoich medalików”, znaczy się jednostki wojskowej w Częstochowie.

            Za chwilę już byli w środku, a tam na scenie znajomi aktorzy w sztuce, na widowni niespecjalny tłok, obok poirytowany Jan Polak – moseigneure brynickiego teatru. Coś wisiało w powietrzu. W międzyakciu Polak zaczął coś o przedstawieniu,  o tym że mogło by być więcej ludzi, że bryniczanie to tacy, a tacy, coś też miał do aktorów. Zrobiło się nieprzyjemnie, a tak naprawdę wyczuwało się, że sztuka się ograła i nie dziw, że widownia była trochę znudzona.

            Rudolfa Frühmarka pretensjonalność Polaka ruszyła do żywego (Rudolf to nie był już ten niegdysiejszy wycofany chłopiec, rozżalony tendencyjną niesprawiedliwością, która dotykała go z bezpośredniej mu na co dzień bliskości, z czasem znajdującego jakieś tam dowartościowanie jako młodzik w miejscowej straży pożarnej, ale okrzepły w wojsku rześki bryniczanin, zauważany, nagradzany za swą postawę i aktywność w środowisku, bez uprzedzeń, gdzie tylko praca i jej obiektywna ocena się liczyła). Tak się w nim zagotował patriotyzm lokalny, że zawziął się w postanowieniu, że jeszcze pokaże, tu na tej brynickiej sali i gdzie tylko się da,  że bryniczanie tacy jak suponował Polak nie są, że potrafią grać teatr, być nim ujęci i przeżywać go. Tego się trzymał i obmyślał jak się do rzeczy zabrać, z czym wystąpić, dzień po dniu obcinając po pobudce kolejny centymetr z „metra rezerwisty”.

            Tymczasem Polak po „incydencie” nie pojawił się już więcej w Brynicy. Grupa cały sezon grała sama z powodzeniem, objeżdżając okolicę. Była otrzaskana scenicznie, gotowa do następnych wyzwań.

            Cywil – Rudolf Frühmark, naładowany pozytywną energią, wartko zabrał się za teatr, tak jak niemal z marszu wrócił do pracy zarobkowej jako dekarz. Uaktywnił się w OSP. Był widziany przy kościele. Jesienią i zimą, a więc w sezonie więcej miał czasu na teatr, bo na dachach mniej się robiło, grupa teatralna znalazła się pod opiekuńczymi skrzydłami straży pożarnej, ku obopólnej satysfakcji, bo dla straży była to jeszcze jedna, nowa forma realizacji we wiosce i wartość dodana do wizerunku, a dla grupy stabilna opieka i większe możliwości organizacyjne. To był 1964 r.

            Dużo wcześniej powzięty zamiar wystawienia czegoś ambitnego, zarazem lekkiego i miłego w odbiorze Frühmark zaczął realizować z rozmachem godnym profesjonalnej sceny. Komedia Moliera „Lekarz mimo woli” skądś „wydłubał” taki właśnie profesjonalny scenopis. Każdy ruch na scenie, sytuacja była w szczegółach opisana. Rudolf rozdał role i wkrótce zaczęły się próby, w przedszkolu (budynek gdzie była klubokawiarnia) i w szkole. Doświadczonej grupie znalezienie się w sztuce szło nad wyraz dobrze. W tym samym czasie inni z teatru i OSP, a także sympatycy zajęci byli przygotowaniami scenografii, techniki światło i dźwięk, załatwianiem kostiumów, transportu, wynajmu sali, reklamą (plakaty), formalnościami, a co najważniejsze pozyskaniem jakiegoś wsparcia na dobry początek (wiele w tym udziału samego „reżysera” – Rudolfa Frühmarka).

            Premiera na brynickiej scenie „u Slabika”. Sukces, jaki dawno nie miał tu miejsca. Ubawieni komedią widzowie, bisy, satysfakcja sprawców, nie tylko aktorów, całej ekipy. Na fotografii z tego przedstawienia (od lewej): Herbert Kurc, Helmut Patrzek, Marta Kałuża, Hildegarda Patrzek, Paweł Ciernia, Rudolf Frühmark. Oprócz nich grali także: Ginter Hyla, Marian Nalewaja, Róża Sosna i Jerzy Buchta. Małą kwestię miał też Teofil Knietz, który zasadniczo był „macherem” od dekoracji (komendant OSP Brynica), tzn. jej konstrukcji. U siebie w Surowinie ze stolarzami Kowalczykami był w dobrej komitywie i tam u nich całe stelarze robili. Później obciągnięto je płótnem, a sąsiad Teofila – przyjaciel brynickiego teatru – Herbert Niestrój – artysta (studia artystyczne we Wrocławiu) całość pomalował. Miał też grać, ale ostatecznie na scenie nie wystąpił. Kostiumy wypożyczono z WDK w Opolu. Starsze „feuermany” i działacze (Ryszard Lisowski, Stefan Dendera) też pomagali, bo to był ich teatr z OSP, a to coś złożyć, rozłożyć, porządku przypilnować, bilety sprzedawać, dzierżeć kasę.

            Jeszcze raz, czy dwa zagrali w Brynicy i w trasę po okolicznych wioskach, ale i trochę dalej, byli np. aż w Kujakowicach koło Kluczborka, w Smardach koło Wołczyna, itd. Ale jak? Jeździli… Warszawą pickup, niezbędny skład 12 osób i cała scenografia na dachu, tak sezon w sezon, to było tylko możliwe za sprawą kierowcy z fantazją i przyjaciela aktorów, w tym przypadku Wiktora Gawlitzy. Z „Lekarzem mimo woli” pokazywali się niejeden sezon, w osobistym życiu aktorów też się zmieniało, odeszła np. grająca główną rolę Maria Nalewaja. Z konieczności musiał ją ktoś zastąpić, kto znał rolę i mógł wystąpić. Jedynie Róża Sosna, która „grała” prolog taką w grupie była i jej przypadło występować w dwóch rolach.

            W międzyczasie Rudolf Frühmark został wysłany do Raciborza na kurs na Naczelnika Typu S (samochodowego), co przyjął jako wyróżnienie. Jakiś czas po tym „u siebie” został wybrany na sekretarza w OSP Brynica. Wojewódzka Komenda OSP w Opolu za sprawą Frühmarka znała dokonania brynickiej OSP na niwie kulturalnej i wsparła teatr.

Teatr utrzymywał płynność finansową, ale liczyć trzeba było, bo co prawda dochody z przedstawień, wsparcie to był konkretny pieniądz, ale były też wydatki. Za wynajem sali trzeba było zapłacić, za wypożyczenie strojów, niektóre elementy techniczne, fotografa, paliwo, itd. Coś też czasem modernizowano, jak chociażby scenografię. Jej elementy konstruowano tak, aby były do obracania w stelażach, takie „2 w 1”, dwie scenografie do zmiany w parę sekund.

Grali już któryś sezon i oto zostali zaproszeni do Teatru Lalek w Opolu na przegląd, czy coś w rodzaju konfrontacji teatralnych amatorskich teatrów. Pojechali z „Lekarzem mimo woli”, a tam Jan Polak, niegdysiejszy animator brynickiego teatru z tą samą sztuką w grupie z jednej z podopolskich miejscowości. Brynicka – profesjonalna wersja okazała się bezkonkurencyjna. Ciężko było zawodowcowi, bądź co bądź, Janowi Polakowi przyznać to przed Frühmarkiem. Historyczna była to dla Rudolfa chwila.

Nadszedł też czas na zmianę repertuaru, znów częściowo zmieniła się obsada, tym razem zdecydowano się na sztukę bardziej współczesną „Znajda” i tak jak przedtem próby, przedstawienia w Brynicy i w ogóle po okolicy szeroko rozumianej. Na fotografii ze „Znajdy” (od lewej): Piotr Filip, Teresa Spiśla, Ryszard Lisowski (działacz OSP), Bernard Matros, Maria Buchmann, Rudolf Frühmark, Anna Lisowski, Jerzy Buchta (działacz OSP). Czasem do teatru dołączali też inni, jak chociażby Maria Gacka, czy Henryk Kałuża.

W następnym sezonie zagrali sztukę „Czy to jest miłość”. Frühmark był już wtedy w Zarządzie „Cechu”. Wojewódzka Komenda OSP skąpiła, więc zdecydował pozyskać coś w „Rzemiośle”, a tam owszem tak, ale coś za coś, no to trzeba było zagrać. Nie tyle sztuka, co zorganizowanie grupy zrobiło wrażenie na szanownym audytorium Izby Rzemieślniczej. Praktyczna scenografia, strażackie rozwinięcie i po wszystkim zwinięcie, myk, myk i po zawodach, znaczy się po spektaklu. Dali chętnie, powtórki jednak nie było.

W międzyczasie trzeba się było też pokazać z innej strony, np. organizować zabawy dla mieszkańców wioski. Też dla samych aktorów. Dziewczyny z grupy nalegały, to „musowo” takie się robiło. Tyle że na ogół były deficytowe, więc dokładało się z teatralnej kasy. Jak wystarczało to było dobrze, ale zdarzało się też, że zabrakło, to z kolei ktoś, np. od sportu brynickiego pomógł, choćby Buchmann. Taka wtedy funkcjonowała sympatyczna współpraca.

To już był ten etap, kiedy grano co sezon inną sztukę i tak jak kiedyś zawsze towarzyszyły temu zmiany personalne grupy. Ktoś odszedł, ktoś doszedł, takim sposobem dołączył Gerhard Pogrzeba, który grywał w sztukach, ale dał się też poznać w „scenografii”, miał wyczucie i czasem Frühmarka przyjemnie zaskoczył. Wszystko jednak funkcjonowało po staremu, zdawało się, że nic nie może tego zakłócić. Któregoś roku jednak coś się wydarzyło. Przez wieś miał przejść „Święty Obraz Matki Boskiej”, mieszkańcy przyzdabiali swoje domy, posesje, wszyscy wzdłuż głównej drogi od łubniańskiej strony do końca od strony kupskiej, kwiaty, światełka, święte wizerunki, itd. Frühmark z kolegami przystrajał kościół, korzystając ze strażackiej drabiny. W pewnym momencie do wioski wjechała „Komisja z Województwa” i dawaj wymierzać kary pieniężne tym, którzy chcieli odświętnie przywitać obraz. Zauważyli też drabinę opartą o kościół, śmiałkowie, którzy na niej robili akurat byli w sklepie obok „u Kiliana”, tam ich naszli. Między towarzyszami i obywatelami doszło do spięcia na argumenty okołoświatopoglądowe. Drabina miała natychmiast być odniesiona do remizy. Frühmark skwitował to tymi słowy: ta drabina została dla straży zakupiona przez mieszkańców Brynicy jeszcze przed wojną, nie wy więc będziecie decydować, czy mogą z niej korzystać, czy nie. Sytuacja jak w teatrze. W końcu aktyw odstąpił i wyjechał, ale wiadomo było, że tak tego nie zostawi. Nie trwało długo , jak Frühmark znalazł się „na dywaniku” w Komendzie Wojewódzkiej OSP. Co się nasłuchał, to się nasłuchał, w końcu położył przed szefostwem swój mundur i podziękował i tyle go widziano w ogóle w OSP.

To tąpnięcie mocno zachwiało teatrem, prawie wszystko się zmieniło: repertuar, ludzie, patronat a i trochę widownia. Odtąd grano już niemal wyłącznie sztuki – obrazy religijne, więcej optując przy kościele, gdzie ks. proboszcz Adam Polechoński życzliwy był teatrowi i gdzie było odpowiednie miejsce, spore pomieszczenie, sala „Oratorium”. Pierwszą rozpisaną na role sztukę Frühmark „załatwił” w Kolanowicach, gdzie często zaglądał w sprawach osobistych. Tam już miano teatr za sobą i chętnie służono radą i materiałami. To był „Ojcze Nasz”, następnie przystąpiono do „Świętej Barbary” – długie obrazy, opracowane znów do perfekcji. Gdy pracowano nad „Świętą Barbarą” Frühmark spotkał się z ojcem Kilianem – bryniczaninem, guru teatru biblijnego. Ten wtajemniczył go w pewne niuanse profesji teatralnej, jak zrobić „prawdziwą” ulewę, burzę, błyskawice, wichurę, itd. Frühmark z miejsca to zastosował, jeszcze w „Świętej Barbarze”. Pewnie także z tych względów z tą sztuką odnosili wielkie sukcesy. Tak jak kiedyś jeździli też do innych miejscowości, z tym że więcej grali w salach i salkach przykościelnych przy różnych okazjach i uroczystościach. Bez wątpienia przedstawienia najbardziej korelowały tematycznie z czasem w okresie okołoświątecznym, począwszy od adwentu.

To już był bez mała dziesiąty rok jak Rudolf Frühmark prowadził w Brynicy teatr, z którego „wyszły”w między czasie co najmniej trzy pary małżeńskie. On sam miał już rodzinę, której trzeba było poświęcać coraz więcej czasu, a jeszcze była praca, a od któregoś momentu funkcja samorządowca, Frühmark był brynickim radnym w Gminie Łubniany (był nim później 4 kadencje). Zdecydował się zakończyć przygodę z teatrem, tym bardziej, że wydawało mu się, że jest ktoś, kto może go zastąpić. Równocześnie z taką samą pasją,

i powodzeniem zmierzał w sferę gospodarczą, w parę lat stał się czołowym producentem mleka na Opolszczyźnie, w ten branży został wybrany na przewodniczącego Rady Opolskiej Spółdzielni Mleczarskiej. Liczył się w Kółku Rolniczym, późniejszym SKR-rze, gdzie został przewodniczącym Rady Nadzorczej, GS-ie. To już było blisko polityki i tak jak kiedyś z teatrem, tak i teraz zdecydował że wystarczy. Dziś emeryt, najmilej wspomina czas teatru.

Po Rudolfie Frühmarku brynickim teatrem zajął się Gerhard Pogrzeba, a to już inna historia.

 

                                                                       J. Moczko – Świerklanin