Tajemnica uwolniona

         Na ogół sam dociekam problemu, szukam źródeł tematycznych zasygnalizowanych wątkami, jakichś nawet nader skąpych zwiastunów jak choćby starą lichą fotografią, strzępkiem dokumentu, przedmiotem czy tylko wzmianką ustnego przekazu.

         Tym razem ktoś pierwszy zwrócił się do mnie a dokładnie kolega podobnie zakręcony przeszłością dał mi znać że kobieta czy kobiety chcą ze mną porozmawiać „o starych casach”. Umówiliśmy się na jakąś godzinę w porze „ciasta i kafeju”. Pojechałem, w sumie parę kilometrów do pobliskiej wioski. Gospodyni – Marta wyszła do mnie „przed lauba” i za chwilę zasiedliśmy przy stole w dość obszernej kuchni w której to co strikte kuchenne było jak by obok. My bliżej okna gotowi do rozmów. Pomyślałem sobie – świetnie na wprost mnie okno, dużo światła, dobrze będzie widać różności które gospodyni, po mojej prawej, miała pod ręką w różnych zwitkach, kopertach i zawiniątkach. Właśnie zacząłem o tym co chce mi powiedzieć i w tedy w pół słowa wyprzedzająco odezwała się: „my tu bez wojna mieli zydów, zydów my ukrywali, całouł rodzina a ze do fruntu... „ Przez moment w kuchni „zawisła cisza” poczym sąsiadka po mojej lewej, koleżanka Marty zaczęła: jouł nic łuoty nie wia (trochę jakby z pretensją) nigdy zejś mi łuoty nie goułdała a widzimy sie kazdy dziyń ...„. Gospodyni na to: zoułdyn nic nie wiedziouł bo zoułdnymu my łuoty nie goułdali aze do dzisia ... „.

         Wychodziło na to że to ja mam być tym pierwszym który o długo skrywanym fakcie ma się dowiedzieć. Tylko przez moment pomyślałem sobie dlaczego? tak skrywana była ta tajemnica. Ale tylko przez moment, króciutki moment bo zmitygowałem się że przecież patrzenie na to co się działo w śląskim środowisku, podopolskim w czasie wojny bywało różne.

         Nie chodziło tu więc o jakiś gasthaus – gospodę, sklepik kolonialny czy fest ale o coś znacznie ważniejszego. Stąd też nie od razu było dla mnie oczywistym czy aby jestem „kompetentny” do podjęcia „zaproszenia”. Skoro jednak zostałem wskazany i poinformowany to zdecydowałem się na niniejszą relację.

 

                                                        ...

         Holikowie mieszkali na skraju zasadniczej zabudowy wioski. Nie gdzieś hen od centrum ale tak że zabudowę i przez nią biegnącą szosę główną do Luboszyc czy w drugą stronę do Opola mieli niejako „za plecami” podobnie jak inni których domy stały po tej samej stronie drogi. Z drugiej strony drogi były i są do dziś wolne pola. Dom, nowy, dopiero co przed paru laty wybudowany a w nim czwórka dzieci (najstarszy syn już dorosły w wieku poborowym, najmłodsza córka w wieku przedszkolnym), ojciec rodziny Aleksander Hollik (zwyczajowo zwany Aleks, czasem też w dokumentach) i jego żona od jakiegoś czasu chora na postępujący niedowład rąk i nóg. Z tego powodu Aleks został, nieco wcześniej, w marcu 1941 roku zwolniony z wojska po niespełna dwóch latach służby w Wehrmachcie. Na froncie nie był. Kwaterował w Leobschütz – Głuchołazy ale wiedział co to znaczy wojować bo zaliczył dwa lata frontu, dwa ostatnie lata I Wojny Światowej, okrutnej pozycyjnej wojny na wyniszczenie. Teraz na karku miał swoje cztery i pół krzyżyka i rodzinę na utrzymaniu. Czas był wojenny i według takich reguł on i rodzina funkcjonowali.

         Podobnie jak przed wojną pracował w Opolu jako mistrz brukarski (dyplom – Meisterbrief „obronił” w 1920 roku) z wieloletnią praktyka. Kierował robotami w mieście i poza nim a po pracy dom. Tak dwa tygodnie, później służbowy pobyt w Lager – Lamsdorf (obóz w Łambinowicach) i tak cykliczne na zmianę według grafika. Wyjeżdżał i wracał po cywilnemu. Czy tam wdziewał mundur nikt tego nie wie. Do jakiegoś czasu niby nikt z domowników nie wiedział też dlaczego Aleks – ojciec za każdym razem do torby pakował chleba ile tylko można było zgromadzić, trochę leków i opatrunków. Tak się utarło i nikt o nic nie pytał.

         Któregoś dnia w 1943 roku krótko po powrocie z pracy Aleks wyszedł załatwić sprawy. Wrócił późnym wieczorem z gośćmi których w cichości zakwaterował na strychu jak się okazało później goście zamieszkali tam na dłuży czas. Za dnia jakby w ogóle ich nie było. Wieczorem owszem nawet ktoś schodził na podwórko pewnie za potrzebą. Czasem ktoś z domowników mijał się z którymś z góry. Okazało się że to rodzina cztero osobowa. Najszybciej zapoznały się najmłodsze Marta z dołu i Gerda z góry. Spotkania te były jednak krótkie i oszczędne.

 

                                                        ...

 

         Roboty na drogach było sporo. Wszystko niby funkcjonowało normalnie mimo że zwycięska armia niemiecka był już w odwrocie. Ale to było gdzieś daleko. Aleks prowadził i dozorował brygady brukarskie jakże inne niż kiedyś i planowo realizował kolejne zadania. Było to trudniejsze niż kiedyś przed wojną kiedy to większość robotników wykwalifikowanych to byli młodzi silni mężczyźni. Teraz wielu z nich tułało się na wielu wojennych frontach lub poległo na „polu chwały”. Zastąpili ich mężczyźni raczej starsi, robotnicy przymusowi i inni obywatele kraju przez ówczesny reżim wyrugowani na margines społeczny np. Żydzi których jeszcze nie wywieziono do obozów ale akcja w różnych miejscach z różnym natężeniem trwała.

         Wśród brukarzy Aleksa też byli Żydzi miedzy innymi Alfred Traube, kiedyś zacny kupiec (kaufmann) tyle o nim w brygadzie powszechnie wiedziano. Miedzy nim a Aleksem istniały jakieś bliższe relacje, może zawiązane jeszcze kiedyś wcześniej a może później gdy się spotykali przy układaniu bruku. W każdym razie wszystko utrzymane było w dyskrecji niemal jak w konspiracji. Aleks wiedział że Alfred z żoną, ich dwójką dzieci oraz dwoma starszymi chłopcami z jego pierwszego małżeństwa mieszkają za Odrą przy Brüderstrasse 1 (obecnie Zaodrze ul. Okrzei 1) i że w każdej chwili wiszące nad nimi widmo wywózki może się ziścić, co się już zdarzało w stosunku do innych w jego brygadach. Jakoś tak zawsze bywało, że o takim zamierzeniu wiedział wcześniej, być może jako „Polier – prowadzący budowy miał mieć świadomość zmian personalnych u siebie. Gdy więc Alfredem Traube zaczęto się interesować zdecydował się ukryć go i jego rodzinę u siebie. Rodzina był jednak zbyt liczna więc dla dwóch starszych synów Alfreda wyszukano inne miejsce.

         Tak więc teraz w pracy pytano z Alfredem Traube który zniknął wraz z rodziną, który zdążył nawet zabrać nieco swoich dóbr. Tak węszono jakiś czas a Aleks zachowywał zimna krew. Był przekonany że tak powinien postąpić, utwierdzając się w tym co rusz podczas bytności w Lager-Lamsdorf gdzie wyzuty z uczuć aparat władzy więził i pastwił się nad podobnymi Ttaubym. Był świadom czym ryzykuje on sam a wraz z  nim rodzina nawet w szerszym powinowactwie – śmierć w najlepszym razie obóz. Zdawało się że tej świadomości nabierali wszyscy domownicy, może nie całkiem do końca ale fakt że nikt się żydowska rodziną w domu nie zdradził, a przecież nie raz sąsiedzi zachodzili w odwiedziny, to potwierdza.

         Mijały kolejne miesiące. Pokątnie coraz częściej mówiło się o końcu wojny. Hollikowie pełni obaw „co będzie” a ich „lokatorzy” na strychu pełni nadziei na rychłą zmianę swego losu. Alfred coraz częściej gdzieś o zmierzchu wychodził, później nawet za dnia ale zawsze jakoś tak niepostrzeżenie. Podobnie jak cała jego rodzina nie miał charakterystycznej fizjonomii semickiej więc nie zwracał na siebie uwagi ale mimo to ryzykował sporo. Domownicy przypuszczali że odwiedzał swoich starszych synów być może jeszcze kogoś i przygotowywał rodzinę na czas frontowego przejścia. Jakoś zawsze więcej wiedział co się na froncie dzieje. Załatwił gdzieś skrzynie i wraz z synami Aleksa spakował w niej ocalały dobytek Traubych, głównie odzież szkło, i porcelanę. Skrzynie ukryto w słomie.

         Gdy zadrżała ziemia od kanonady dział i ciężkich czołgów Aleks wyekspediował rodzinę na furmance do krewnych za Odrą za Opolem. Tam miał być bezpieczna. Sam został ze swoimi podopiecznymi. Gdzieś koło 20 stycznia 1945 roku front jak walec przetoczył się przez wieś z całą swą surowością i okrucieństwem. Sporo mieszkańców ucierpiało. Traubowie poszli za wyzwolicielami. Wiedzieli skąś jak mają się wobec nich zachować i do kogo zwrócić. Pewnie dostali później od nich odpowiednie dokumenty bo nie długo wrócili wraz z innymi którzy podobnie jak oni ocaleli „przechowani” u kogoś. Zabrali swoja skrzynie i pojechali w nieznane.

Wróciła rodzina Aleksa. Wydawało się że wszystko się ułoży i zostanie w komplecie. Rządzili jednak Rosjanie. Gdzieś w lutym gnali w swoją stronę olbrzymie stado trzody hlewnej. Zabrali Aleksa żeby im pomógł na krótko. Miał nie długo wrócić. Mijały miesiące a żadne wieści od niego nie przychodziły. Tak samo od byłych „lokatorów”. Rodzina nie dopuszczała myśli że ojca – Aleksa i ich samych po tylu przeżytych niebezpieczeństwach miało by spotkać jakieś nieszczęście.

         Po roku z okładem Aleks wrócił. Cień człowieka. Wszystko przez niego przelatywało bo jak mówił tam w dalekiej Rosji nawet trawa była dobra ale nie przez tak długi czas. Z takim rozstrojem długi czas spał na ławce na podwórku żeby w razie czego mieć blisko. Powoli wyszedł z tego. Wiele obowiązków spoczywało w tedy na dzieciach i tak jak w tedy gdy ukrywali rodzinę Żydowską tak i teraz trzymali się mocno razem.

         Lata mijały a o Traubych nie było żadnych wieści. Pewnie musiało się im coś przydarzyć napomykano przy wspominkach. Aż tu nagle z początkiem lat 50-tych przyszedł list z USA z Franklin Park – Ilinois od Alfreda Traube i parę zdjęć.   trsube.jpeg List jak jeden wielki wyraz wdzięczności dla Aleksa i rodziny. Okazało się więc że przetrwali i osiedli w Ameryce. Alfred miał swój geszeft – sklep fotograficzny i nieźle sobie radził. Dwóch najstarszych synów (z pierwszego małżeństwa) wybrało jednak za ojczyznę Izrael ale wszyscy byli w kontakcie. Z tego ocalenia cieszyły się obie strony, nadawcy listu którzy chcieli by o tym się dowiedział cały świat i odbiorcy którzy jednak radowali się w zaciszu domowym bo czas był nie sprzyjający dla rodzimych Śląskich biografii z przedwojenną – niemiecką zaszłością.

         Tak u Traubych jak i Holików układało się jak na warunki w których przyszło im żyć szczęśliwie i familijnie. Wszystko to wzajem sobie w korespondencji opisywali: o domu, o zdrowiu, o dzieciach, weselach. Czasem z Ameryki przyszła jakaś paczka na ogół z czymś ekstra np. materiał na suknie ślubną Marty. Czasem też były to wyrazy ubolewania jak choćby w związku ze śmiercią Agaty żony Aleksa w 1962 roku. Z czasem i Alfred został wdowcem, zdrowie też mu nawalało nie chciał być ciężarem dla rodziny jak pisze w liście 1968 roku ale niechciał też być pensjonariuszem domu opieki czy domu starców. Zamieszkał u przyjaciółki w tym samym Franklin Park. Z radością pisał do swojego przyjaciela Aleksa i cieszył się gdy od niego dostawał listy to co ich łączyło było ponad wszystko. Byli rówieśnikami. Alfred trafił w końcu do Domu Opieki Rogers Park koło Chikago i tam zmarł w sierpniu 1978 roku przeżywszy 81 lat. Aleks Holik zmarł w 1977 dożywszy podobnego wieku. Korespondencja ustała, zostały pamiątki po nich z czasem coraz bardziej uszczuplane a dziś ta relacja. Tajemnica została uwolniona.

 

                                               J. Moczko - świerklanin