Z wizytą w Groszowicach

Stare, archiwalne zdjęcie i kilka nowych zrobionych aktualnie mniej więcej w tym samym miejscu, na „śluzie” (stałym, niezmiennym elementem i punktem odniesienia jest sylwetka kościoła w dali) - celu tej wizyty przydają retrospektywnemu obrazowi jaki jawi się przy dociekaniach, rozmowach w bezpośrednio bliskim śluzie środowisku.

 

         Stara fotografia datowana na 1892 rok (ma wiec równo 120 lat) z napisem „Rammenarbeitem an der Schleuse bei Groschowitz” (prace kafarów – palowanie, na sluzie w Groszowicach) w swym kadrze upamiętnia początek wykształcania się ważnego miejsca – stopnia wodnego z inżynieryjnym rozwiązaniem umożliwiającym przepłyniecie „pływającemu taborowi” tej różnicy poziomów wodnych czyli: jazzu i śluzy, w całości powszechnie określanego jako „ślojza” (śluza), ale też miejsca postrzeganego szerzej w przeszłości z przystanią towarową i przewozem osobowym, funkcjonującymi opodal, na peryferiach śluzy za tzw. „jenzury” (językiem), na wysokości obecnego boiska LZS „Groszmal”.

         Śluzę oddano do użytku w 1893 roku. Kilka innych w górę i w dół rzeki podobnie. Groszowice miało więc w dyspozycji jakiś dostęp transportu wodnego, kolejowego, drogowego co miało kapitalne znaczenie dla miejscowej cementowni i kilka innych fabryk w większości jej towarzyszących, ale także dla Groszowiczan i mieszkańców okolicznych miejscowości którzy w dużej części w tych wszystkich miejscach byli zatrudnieni. Niemalże z każdego domu ktoś w któryś momencie w tym konglomeracie gospodarczym zaistniał, zafunkcjonował, zetknął się z nim Życiowo.

         Początek XX wieku to dalej ciągły dynamiczny rozwój zakłócony I wojną Światową (1914-1918, mężczyźni na wojnie a na ich miejscu zatrudnieni młodzieńcy i kobiety). Następnie powstańczo plebiscytowe uregulowania (1919-1922) na skutek których „bardziej uprzemysłowiony śląsk” znalazł się po polskiej stronie. Groszowicom po stronie mniej uprzemysłowionej przypadło, podobnie jak wielu innym ośrodkom stanąć w rozbudowie, odbudowie potencjału gospodarczego w regionie i w kraju. Znacząca rola w tym przypadła groszowickiej śluzie która stała na tętniącej arterii wodnej. Jeszcze pływały na niej, sporadycznie transportowe łodzie żaglowe – relikt czasów przed śluzowych ale prym wiodły barki i łodzie co prawda drewniane ale z parowym napędem nie porównywalnie ładowniejsze i o większym zanurzeniu (spiętrzona woda na to pozwalała).

         W jakimś stopniu z tego transportu wodnego korzystał miejscowy potentat przemysłowy – Groszowicka Cementownia Josefa Pfitznera należąca do Śląskiej Spółki Akcyjnej Producentów Cementu Portlanckiego (Schlesische Akt. Ges. für Portland – Zementfabrikation) jak i zakłady wytważające wyroby cementowe (Zementwarenfabrik) z których jedna należała tez do Pfitznera a druga do Franza Kupki.

         Groszowicka cementownia wówczas była, jeżeli nie największa to jedną z największych w Europie. Nadawała charakteru środowisku, temu co się działo i rozkręcało a wszystko wokół okraszała siwym pyłkiem. Ważny był produkt i praca dla ludzi, wielu ludzi. Jakaś część tego produktu – cementu ekspediowana była droga wodną „via śluza”. Najpierw trzeba było go dostarczyć na przystań choćby np. furmankami Ernsta Sänge (Fuhrunternehmer) zajmującego się zasadniczo transportem drogowym nie tylko cementu. W przekazach groszowiczan najbardziej wyrazisty jest obraz transportu napowietrzną kolejką linową (Seilbahn) którą mknęły w kierunku Odry koło śluzy beczki z cementem. Solidne drewniane beczki wytwarzane w tzw. „Fasfabrik” (Fabryka beczek) obok albo w samym „Grochwitzer Säge – und Hobelwerk Wiener & Co.”. W przetarciu surowca i zbycia drewna miał też swój udział „Dampfsägewerk Leo Wieczek”. W tych i innych miejscach gospodarczy ruch a w nim zapracowani ludzie nie tylko na jednej zmianie, tak samo na śluzie.

         Wtedy pracować na śluzie to było coś. Podobnie jak być „łudziourzy” (Schiferem). Jedni i drudzy tworzyli jedną rodzinę groszowickich wodniaków żeglugi rzecznej np.: Wilhem Buchwald (Schiffsheizer) – palacz na statku czy Philipp Lasar, Lorezn i Jakob Buchta, Johann Keick (odp. Scheusearbeiter i Scheusgehilfe) – pracownicy śluzy. Kierownik był raczej z Opola.

         Ci na śluzie pilnowali poziomu wody, rególowali go pionowymi szpilami (spore drewniane bale) na całej długości jazzu (w okresie zimowym były w ogóle wyciągnięte) i przepuszczali pływających – żeglujących z jednego poziomu na drugi śluzą.

         Z czasem stara śluza okazała się zbyt małą. Dobudowano drugą znacznie większą. W latach 30-tych zestawy barek, potężnych, często już stalowych tego wymagały a ruch na Odrze znacznie się wzmógł. Kierowanie śluzą to było wielce odpowiedzalne zadanie. Kierownikiem Śluzy (Sschleusemeistrem) był Gambietz z Groszowic do 1945 roku.

         O ile pracownicy śluzy nie mieli kłopotu z dotrciem do pracy to inni z drugiej strony Odry, od strony Winowa i Boguszyc mieli już gorzej bo przez śluzę i po koronie jazu przejść nie mogli (za niemieckich czasów było to zabronione, tylko obsługa miała dostęp). Ale funkcjonował przewóz osobowy a poniekąt też towarowy, łodziami istniejący pewnie profesjonalnie mniej więcej tyle samo co cementownia bo tam wszyscy zdążali. Zajmowali się tym Murkowie. W okresie miedzywojennym Valentin Murek później jego syn Jan a w końcu żona Jana. Valentin miał patent na przewóz szereg większych i mniejszych łodzi. Wypożyczał je, przewoził wg życzenia braci robotniczej, zaprowadził nawet bilet miesięczne. Z tego żyła rodzina możliwy był też przewóz towarów na tych łodziach w sumie niezbyt wielki co było jednak ważne dla rolników którzy mieli po drugiej stronie pola. Musieli jednak inaczej sobie radzić, szczególnie latem. Ciężkie transporty np. obornika realizowali zimą po grubym lodzie, za ten ruch zimowy też był odpowiedzialny Murek. On decydował kiedy jest możliwy. Posypywał lód piaskiem, instalował z brzegu na brzeg linkę bezpieczeństwa i pierwszy ruszał w przeprawie. Jednak nie Murkowe przeprawy najbardziej utkwiły w pamięci Groszowiczan a wojenne przeprawy rosjan w styczniu 1945 roku. Lód był gruby ale nie na tyle by utrzymać czołgi. Pod pierwszym z dwóch które tego spróbowały lód się załamał. Czołg zniknął pod wodą. Niektórzy twierdza że do dziś tam leży. Rosjanie co było wolne ze śluzy pozbierali, rozebrali wiele dachów z okolicznych zabudowań i zrobili most – przeprawę. W czasie tych prac niemieckie lotnictwo i artyleria im przeszkadzały. Zginęło wielu. Zostali pochowani opodal na tzw. Woclawowni (później ekshumowani).

         Przeszedł front, nastała nowa, polska państwowość i nowy kierownik na śluzie Frańciszek Kutka jak mówią Groszowiczanie on trzymał na śluzie przedwojenny porządek wszystko musiało być akuratne może dlatego że był z Bydgoszczy dodają. Później już tak nie było. Z upływem lat żegluga rzeczna straciła na znaczeniu a samą rzekę mocno zaniedbano co nie oznaczało że życie na rzece kompletnie zamarło także tu na 144,6 km w Groszowicach. W miedzy czasie, jeszcze przy znaczącej żegludze w połowie lat 70-tych XX wieku zbudowano nowy jazz 150 metrów w duł rzeki (144,75 km). Widać go na nowych fotografiach, widać też ślad, po starej śluzie, stopa podpory w nurcie rzeki. Stosunkowo nie dawno jakieś pięć lat temu uruchomiono elektrownie przy śluzie właściwie przy jazie od strony Groszowic. Wszystko to można obejrzeć samemu spacerując po koronie jazu z brzegu na brzeg. Dziś można wszystko to zwiedzić śluzę, jazz i elektrownia reszta to już historia (po jazem na dnie jest tunel niestety niedostępny).

Ponoć idą dobre czasy dla żeglugi rzecznej, ponoć czyści się i pogłębia Odrę, ponoć szlak ma być odtworzony a możliwa głębokość zanurzenia większe niż dziś (1,36 metra). Dziś tez jeszcze jakiś pchacz z barką czasem przez śluzę przemknie czasem jakiś kajak a kiedyś przed śluzą na Odrze czekała kolejka. Może jeszcze kiedyś tak będzie.

 

                                                                                                        J. Moczko- świerklanin