Patronowie ulic – ul. ks. Mainki

Nie do końca wiadomo, czy jest, czy jej nie ma, czy tylko formalnie, a w rzeczywistości trudno jej szukać – ul. ks. Mainki. Jak by nie było patron jest mocno wpisany w historię Czarnowąs, wpleciony w losy parafialnej wspólnoty jak żadna inna postać lokalna.

 

            mainka.jpeg

 

Ksiądz Henryk Mainka (Pfarrer Heinrich Mainka) urodził się w Starych Budkowicach (wtedy Alt Budkowitz) 10 lipca 1891 r. w dobrze sytuowanej rodzinie gospodarskiej Jana (Johanna) i Rozalii (Rosalie) z.d. Sygulla, gospodarującej na kilkudziesięciu hektarach. Gospodarstwo okazałe z pokaźną zabudową gospodarczą i takim że okazałym piętrowym domem, w którym parter zajmował „gasthaus – J. Mainka” (gospoda-restauracja J. Mainka), zawsze odnajmowany jakiemuś karczmarzowi oraz piekarnia też odnajmowana, stało w centrum wioski tuż przy kościele.

           mainka (1).jpeg    

Mainkowie byli blisko kościoła, przede wszystkim wiarą i bieżącym praktycznym udziałem w jego życiu. Kościoła w pewnym sensie „bardzo swojego”, pod wezwaniem św. Rocha i Sebastiana, bo z przekazów rodzinnych wynika, że w przeszłości Mainkowie ofiarowali pod budowę, czy rozbudowę kościoła i cmentarza potrzebny grunt. Niejako w zamian zagwarantowano im na cmentarzu enklawę (alejkę) dla zmarłych z familii na wsze czasy.

            mainkafoto.jpegRozalii i Janowi Mainkom szczęśliwie urodziło się jeszcze siedmioro dzieci. Wszystkie, w tym najstarszy Henryk, były wychowywane w duchu głęboko religijnym. Nie szczędzili grosza na ich naukę. Gdy najmłodsze zaczynało podstawową edukację w miejscowej szkole Henryk już Dawno miał ją za sobą, ukończył gimnazjum i podjął studia teologiczne we Wrocławiu (wtedy Breslau). Ten okres w jego życiu jest trochę rozciągnięty w czasie i całkiem możliwe, że próbował też innych kierunków, co było wtedy dość powszechne. W każdym razie okres studiów to czas I Wojny Światowej, zbierającej krwawe żniwo setek tysięcy poległych, czas rosnącego niedostatku i niezadowolenia społecznego. W takim wojennym czasie, w mieście swych studiów – Wrocławiu 10 czerwca 1917 r. otrzymuje święcenia kapłańskie i od razu „przydział” do parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Kościeliskach (wtedy Kostellitz) koło Olesna (Rosenberg). Właściwie na kilka miesięcy tylko, bo już 18 grudnia tego samego roku, przeniesiony, kontynuuje swą pracę duszpasterską w Chorzowie Batorym (wtedy Bismarck hütte). Póki co nie ma jednak pewności, czy w parafii (kościele) Najświętszego Serca Pana Jezusa, czy Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Tam też tylko na parę miesięcy, jakże jednak spektakularnych. W międzyczasie bowiem zakończyła się wojna, szykował się nowy podział świata, a wszędzie wyczuwało się jakieś napięcie społeczne.

            Biskup wrocławski ks. Adolf Bertram trochę już doświadczonego księdza Mainkę, rodzimego Ślązaka, a z tej racji dobrze znającego niemiecki i polski – śląski, wysłał do Berlina. Ciągle jeszcze niespokojnego, mimo że wojna się skończyła, cesarz Wilhelm II abdykował i było po rewolucji listopadowej (1918 r.), po której nastał ustrój Republiki Weimarskiej. Trauma po upokarzającej przegranej w połączeniu z kroczącą inflacją i ciągłym zagrożeniem przewrotu wróżyło niedobrze. W takim klimacie żyła berlińska społeczność, której znakomitą część stanowili Ślązacy, także Polacy. I ci na stałe tu kiedyś ostali i ci na czas jakiś potrzebowali duszpasterskiej opieki, najlepiej rodaka. Skupieni byli przy kościele St. Pius (pw. Św. papieża Piusa – Piusa V).

            Wikariusz ks. Henryk Mainka dobrze się sprawił, sam nabywając doświadczenia pracy duszpasterskiej w warunkach szczególnych i z jako takim przeniesiony został do Biskupic (wtedy Biskupitz) na Górnym Śląsku, który był po dwóch powstaniach i ciągle nie było zgody przy najlepszych chęciach Komisji Międzysojuszniczej. Wzrastała agitacja plebiscytowa, która miała miejsce także na terenie kościelnym, ale 21 grudnia 1920 r. w wyniku porozumienia Episkopatu Polskiego i Rządu komisarz plebiscytowy wydał zarządzenie zabraniające niemieckim i polskim duchownym działań politycznych, związanych z plebiscytem. Dzień wcześniej 20 grudnia w parafii pw. Św. Marcina w Biskupisach był już ks. Mainka. Prowadził normalną pracę duszpasterską, a że nie miał tubalnego głosu, nie rezon głoszonej ewangelii był jego siłą dotarcia do wiernych, a jej treści i ustawiczne, spokojne trwanie w pobożności. Wiązał ze sobą wspólnotę nie jako bojownik, ale jako duszpasterz –  sługa kościoła, człowiek pracy, prawa przede wszystkim przestrzegający i wszelkich zasad. Występujące tu i ówdzie zakłócone wartościowanie we wspólnocie sprowadzał do równowagi. Tego się trzymał przez cały biskupicki okres i później w Gliwicach (wtedy Gleiwitz). Wpierw, od 1 lipca 1922 r. w parafii Św. Piotra i Pawła, a od 23 października 1925 r. jako kurator w parafii Św. Józefa.mainka.jpeg
(Pierwszy z prawej - ks. Mainka) 

            Gdy Śląsk już się otrząsnął z powstańczo-plebiscytowego odmętu trwały jeszcze migracje wiernych „różnych opcji narodowościowych” w dwie strony przez linię jego podziału. Ks. Mainka mógł się już bardziej poświęcić pracy duszpasterskiej z młodzieżą. Doprowadził do powstania domu spotkań dla młodzieży. Dla tej młodzieży był nie tylko kaznodzieją, ale potrafiącym wsłuchać się w ich problemy, taki starszy „kompan”, dobiegający czterdziestki, rozumiejący ich.

            Tymczasem w podopolskiej parafii Bożego Ciała w Czarnowąsach (wtedy Czarnowanz, później do 1945 r. Klosterbrück) zmarł długoletni proboszcz Komisariusz Biskupi ks. Mieczysław (Mieczyslaus) v. Łukowicz (von Lukowitz graf). Był w Czarnowąsach od 1894 r. Zrobił wiele dobrego dla parafii, choć nigdy nie miał stałego wikarego do pomocy. Może w pewnym sensie i z tej przyczyny, częściowo, nie reagował na zmiany społeczne, które tak w Czarnowąsach jak i na całym Śląsku, rozumianych szerzej niż „Opolski” następowały. „Ten” Śląsk, uchwycony od wielu wieków ustrojami niemieckiego żywiołu, w tę stronę ciągle się zmieniał. Jednym z problemów był język w kościele, aby objąć opieką duszpasterską wiernych opcji niemieckiej w rosnącym procencie pojawiających się w kościołach polskojęzycznych, proboszczowie wprowadzali równolegle nabożeństwa i modlitwy w języku niemieckim, co przekładało się wprost na poczucie jednej wspólnoty przy jednym kościele. W Czarnowąsach tak nie było, tu w tej kwestii dysonans był spory.

            Ks. v. Łukowicz miał lepsze relacje z pokoleniem starszym i bardzo starszym, można by rzec ojcowskie. Za nim były rodziny manifestujące swą polskość i tradycjonaliści, w sumie większość z tych, którzy uważali jak w ich kościele ma być, gdy zabraknie ich proboszcza, który ciężko już chorował. Gdy zmarł 18 listopada 1931 r. oni już mieli kandydata na jego miejsce – ks. Wawrzynka, który u schyłku życia ks. Łukowicza był przy nim i go zastępował, był jak on. Władze kościelne były jednak innego zdania, miały swoich kandydatów, na przykład księdza Kukowkę. On sam szybko zrezygnował, gdy zobaczył jak dalece zaszły sprawy w Czarnowąsach, żadnego posłuchu dla zwierzchności kościelnych, miesiącami tak trwało. Zaczęły to komentować gazety, np. Nowiny Codzienne. Wizerunek kościoła tracił na tym najwięcej. W końcu w gabinetach biskupich zdecydowano, że do Czarnowąs trzeba wysłać ks. Henryka Mainkę. Dotarło to do tamtejszych parafian, z czego jedno byli kontent, że oznacza to koniec „bezkrólewia”, a inni się jeszcze bardziej nastroszyli.

26 kwietnia 1932 r. rano przed kościołem zebrał się spory tłum, z którego w kilku miejscach nawoływano wszystkich do czynnego protestu, brzydkie słowa, itd. Przed tłumem stanął szpaler policji. Za chwilę z flanki wyszła grupa kapłanów i innych gości. W przodzie ks. Poziemba z Dobrzenia Wielkiego, a nim ks. Henryk Mainka, inni księża i amtowy Laxy, w zgiełku weszli bocznym wejściem do kościoła, gdzie już była grupa wiernych. Do nich dołączyło kilku z zewnątrz. Szemranie i tumult. Wtedy amtowy głośno się odezwał, że przecież są w kościele i w obliczu krzyża należy się miejscu szacunek, komu to nie odpowiada niech opuści kościół. Po czym niekoniecznie w spokoju odbyło się uroczyste wprowadzenie nowego proboszcza.

Rozpoczął się bojkot kościoła, tzw. kirchenstreik, polegający na omijaniu swojego kościoła i udawaniu się na nabożeństwa do innych okolicznych. Funkcjonowało to tak, że ks. Mainka odprawiał mszę św. w obecności nielicznych wiernych, bo zdecydowanej większości mała garstka skutecznie to utrudniała, wręcz terroryzowała resztę. Wiernych z wiosek przynależnych parafii witała już na rogatkach, niekoniecznie z gołymi rękoma. I ci co chcieli do swego parafialnego kościoła i ci co nie chcieli, udawali się do pobliskich kościołów. Z tej sytuacji wszyscy nie byli zadowoleni.

Tymczasem nowy proboszcz największe problemy miał z udzielaniem chrztów i odprawianiem pogrzebów. Wszystko w konspiracji i chyłkiem. Chrzty w domach wiernych, pogrzeby wcześnie rano, albo późnym wieczorem. W kościele wciąż wiernych przybywało, pewnie przestali się bać prowodyrów. Z pomocą tych pierwszych odważnych ksiądz sporządkował plebanię. O ile na mszy świętej 1 maja 1932 r., na której tych nielicznych zapewnił, że nigdy nie będzie dawał powodów do zgorszenia, bo nie jest politykiem, nie był jeszcze do końca pewien, czy jego postępowanie przyniesie pozytywny dla kościoła efekt, o tyle dwa dni później 3 maja 1932 r. na nabożeństwie majowym odprawianym w języku niemieckim (msza św. w języku polskim) nabrał tej pewności. Ludzi w kościele ciągle przybywało.

W Boże Ciało 26.05.1932 r. po raz pierwszy przy stacjach we wiosce śpiewano po łacinie, a podczas obchodów na przemian po polsku i po niemiecku. Bojkot słabł i całkiem się załamał, gdy proboszczowie okolicznych kościołów zabronili parafianom czarnowąskim chodzić do nich, dopóki nie uporządkują swoich spraw. Nagle okazało się, że nowy proboszcz to normalny duszpasterz. Coś zmienił i świat się nie zawalił. Zadawano sobie pytanie po co to wszystko było, został tylko wstyd. Ks. Mainka świadom potrzeby jakiegoś ogólnego oczyszczenia poprowadził we wrześniu tego samego roku pielgrzymkę do sanktuarium Św. Anny na górze Chełmskiej – górze Św. Anny w uroczystość podwyższenia krzyża – niemiecką 7 i 8 września, polską tydzień później 14 i 15 września (w tej intencji odbywa się do dziś). Byli na nich nawet niektórzy niedawni insurgenci.

Oprócz mocno ekumenicznego kalendarza liturgicznego ks. Mainka realizował planowe roboty w kościele. Zawsze wszystko planował. Trzymał się reguł i przepisów, a robota musiała być zrobiona perfekt i z najlepszych materiałów. Po zmodernizowaniu plebanii w 1932 r. doprowadził do kupna 5 hektarów ziemi na powiększenie cmentarza przy kościele św. Anny. W 1934 r. przeprowadził remont dachu kościoła parafialnego św. Norberta. Za jego staraniem w tymże kościele zainstalowano centralne ogrzewanie w 1938 r. i wykonano elektryczny napęd do dzwonów, został odnowiony kościół Św. Anny. Ks. Henryk Mainka zaangażowaniem zjednywał sobie parafian, którzy darzyli go szacunkiem i zaufaniem. On serdeczny i pogodny. Cenił sobie dobrą współpracę z członkami rady parafialnej, której przewodniczył i z którą wszystko planował i uzgadniał. Byli w niej też świerklanie i to za ich wnioskiem starał się o grunt na świątynię w Świerkli (wtedy Horst). Było to w 1938 r. Wkrótce wybuchła wojna i plany te odstawiono na później, ale miejsce było już upatrzone.

W pracy duszpasterskiej księdzu Maince pomagali księża wikariusze, których od 1933 r. miał kilku. Pomagali mu w nauce religii, w prowadzeniu organizacji kościelnych, w liturgii i w dbałości o obiekty sakralne. On z kolei potrafił ich właściwie „zagospodarować”. Ks. Mainka i każdorazowy wikary mieli też ciągle do czynienia z narastającą niechęcią nazistowskiego reżimu do Kościoła, który też innym hołdował wartościom, a każdego innego traktował jak wroga, odbierał Kościołowi kompetencje, jak choćby w nauczaniu religii, opiece nad niepełnosprawnymi, itd. W końcu zabronił języka polskiego w Kościele i w ogóle. Gdzieś miał równowagę społeczną i równość wszystkich nacji. Za każdym razem, gdy wzmagała się propaganda z tym związana, ks. Mainka w słowie bożym akcentował z goła inne wartości, wynikające z dekalogu i kanonów religijnych. Praca duszpasterska w czasie wojny była trudna, tak samo opieka duszpasterska nad wiernymi, którzy borykali się z wojennymi problemami. Gdzieś na froncie ginęli ich ojcowie, synowie, bracia. Ks. Mainka jak tylko potrafił pomagał w kojeniu bólu ich bliskich, aż nadszedł styczeń 1945 r.

21 stycznia rano Armia Czerwona zawitała do Czarnowąs. Dzień wcześniej na ostatnich nieszporach śmiertelnie poważny proboszcz stanął przed swymi wiernymi, którzy powstrzymali łzy i szloch i w kompletnej ciszy odezwał się do nich: nigdzie nie uciekajcie, nie słuchajcie takich poleceń, zostańcie, tutaj jest wasz dom, ja zostaję z wami. Tymczasem na dworze trwał eksodus, jeden długi ciąg wojskowych i cywilnych taborów, ciągnący się na drodze między zwałami śniegu od wioski w kierunku Opola.

Ks. Mainka pomógł jeszcze, wręcz przeprowadził z pomocą sióstr ewakuację 480 dzieci z sierocińca klasztornego. Połowa z sióstr odjechała ze swymi podopiecznymi autobusami w kierunku Opola i dalej. To działo się już w iście wojennych warunkach, zaraz potem samoloty niemieckie zaczęły permanentnie atakować Rosjan ruszających „w pierjod”. Wszyscy schronili się w piwnicy – kotłowni pod kościołem i zabarykadowali. Mijały długie godziny, dni przy dochodzących z za murów odgłosach wojny, nastroje w piwnicy były minorowe. W końcu, gdy tumult zelżał, ks. Mainka zdecydował, że wyjdzie na rekonesans i oznajmił, że jeżeli nie wróci za 20 minut to znaczy, że nie żyje i nie wie, co będzie i żeby wszyscy się modlili, tak jak dotąd.

Wrócił w asyście czerwonoarmistów, którzy z siostrami obeszli się delikatnie „mówiąc” bardzo niestosownie. Później poniewierka w splądrowanym kościele, ale jednak przy szpitalu wojennym w klasztorze, dającym jakieś elementarne bezpieczeństwo. Gdy go wyekspediowano za frontem, ocaleni ruszyli przez wieś, może do Świerkli? Gdzie ponoć było ciszej. Po drodze, dyskretnie czarnowąscy parafianie, którzy mieli już dla nich przygotowane miejsce schronienia wzięli księży i siostry do siebie na Brodach (część Czarnwąs). Tu na Brodach w byłym gasthausie ks. Mainka odprawiał msze św., później także w kościele, jak tylko trochę go posprzątano i po prowizorycznej kładce dało się przejść na drugą stronę rzeki.

Trochę trwało, zanim sytuacja we wiosce ustabilizowała się na tyle, ostrożnie można było wrócić do normalnej posługi kapłańskiej w parafialnym kościele, rozpocząć podstawowe naprawy, jak choćby wyremontować uszkodzoną działaniami wojennymi wieżę, naprawić wiele uszkodzeń w tym przy samym ołtarzu. Mniej więcej w tym czasie ks. Mainka zdecydował, że 23 stycznia (dzień zbezczeszczenia kościoła przez wojska radzieckie) będzie dniem adoracji Najświętszego Sakramentu i takim jest do dziś. Sporo było jeszcz do zrobienia, a Świerklanie chcieli realizować przedwojenny zamysł zbudowania świątyni u nich we wiosce – filialny kościółek. Ks. Mainka używał terminu kaplica i patronat nad taką budową przyjął, choć formalnie ani miejsce nie było jeszcze załatwione, ani nie było planów. Jak tylko świerklanie załatwili „cychunek” budowa ruszyła. Było w tym wiele żywiołu, stanęły mury budowli ewidentnie kościelnej, większej niż w cychunku, z większą liczbą stopni przedołtarzowych niż normalnie mają kaplice. Ks. Mainka, przywiązujący wagę do tego co zapisane, uzgodnione, mocno się zdenerwował, z taką sytuacją nie umiał się wpierw pogodzić. Świerklanie robili swoje, choć wytykając sobie wzajem, że przesadzili. Skłócili się między sobą, a część także z proboszczem. Kościół był już prawie gotowy, a tu roboty stanęły na długie miesiące. Przy zagrożeniu, że władze mogą się nim zająć, wreszcie go ukończyli, z czasem przyszła refleksja, że gdyby tak wpadła kontrola i stwierdziła niezgodność z projektem, świerklanie mogli nigdy swojego kościoła nie mieć. Ks. Mainka był tego świadom, jak również i tego, że odpowiedzialność spadła by na niego.

Waśnie zaowocowały tym, że w dniu poświęcenia kościoła w 1949 r. na popołudniowych nieszporach świerklanie wraz ze swym kościółkiem znaleźli się w parafii Brynica. Oznajmił im to z wielkim smutkiem ks. Mainka, który na rannej uroczystości kościół poświęcił. Banicja trwała 7 lat, długich lat, jakby ozdrowieńcza kwarantanna, bowiem świerklanie usilnie o powrót zabiegali. Znów byli ze swym proboszczem i z nim realizowali kolejne przedsięwzięcia kościelne, np. wybudowali kaplicę cmentarną „Pro Morte”.

Spectrum robót parafialnych siłą rzeczy bardziej dotyczyło Czarnowąs. Tam ks. Mainka też doprowadził do wybudowania kaplicy cmentarnej na cmentarzu przy kościele Św. Anny, uporządkowania cmentarza i później do generalnego remontu samego kościoła Św. Anny. Był to już rok 1974. Chorował. 30 sierpnia 1975 r. proboszczem w Czarnowąsach został ks. Czesław Kwiatkowski, wikary w Czarnowąsach od 1965 r. Zapewnił opiekę swemu poprzednikowi, który 10 czerwca 1977 r. obchodził jubileusz 60-cio lecia kapłaństwa. Z tej okazji odprawił mszę św. w kościele parafialnym. Krótko po tym 19 lipca 1977 r. zmarł. Został pochowany przy „Św. Ance”.

Postać godna „patrona ulicy”? – jak żadna inna.

 

                                                                       J. Moczko – Świerklanin