Trachtengruppe–Czarnowanz

Zjawisko – „Trachtengruppe–Czarnowanz” – 10 lat po

 

            Jeżeli ująć jako zjawisko coś, co się wydarzyło, zaistniało, z czasem minęło i pozostawiło po sobie odczucie niepowtarzalności, w sensie że przedtem raczej nie miało miejsca, a potem przez lata się nie powtórzyło, odrodziło i nic nie wskazuje, że może się to zmienić, to z pewnością było nim ok. 12-letnie „życie” folklorystycznej grupy Trachtengruppe-Czarnowanz (z początku używano nazwy Trachtengruppe-Klosterbrück).

           

W tym zjawisku taneczno-śpiewaczym, uosabianym zrazu z Gertrudą Marsolek, ewidentną jego animatorką, organicznie w nią wpisaną, zapalonych twórczo i organizatorsko bezsprzecznie było więcej, a tańczących i śpiewających dzieci i młodzieży cała rzesza. Dziś z rozrzewnieniem wspomina „swój czas” w zespole i boleje, że jej już nie ma, od 10-ciu lat.

            Początki, pierwsze zwiastuny tego, co rozwinęło się jakby za sprawą wyzwolonego z hibernacji czasowej zaczynu w żywioł założycielski Trachtengruppe-Czarnowanz, pojawiły się w końcu lat 80-tych ubiegłego wieku, lat pełnych zjawisk niezwykłych – ciąg „Solidarnościowej” wolności i swoboda, społeczne odrodzenie, mniejszościowe objawienie, a na horyzoncie zmiany ustrojowe, świat bez granic. Wychodzenie z ówczesnej szarości dnia codziennego jednych skłaniało do wyjazdów, drugich do radzenia sobie z nią na miejscu, organizowania sobie życia, w tym też towarzyskiego, z nowymi nadziejami.

            Brat Gertrudy Marsolek Karol mieszkaniec Niemiec zasugerował jej, żeby z koleżankami zorganizowały „Kaffeeklatsch”, tzn. spotkania kobiet przy kawie, by poplotkować, pośpiewać, słowem spotkać się relaksacyjnie w damskim towarzystwie, jak to się praktykuje w Niemczech, a kiedyś pewnie też praktykowało się w Czarnowąsach. Zaoferował swą pomoc, w tym nawet finansową. I tak się stało, kobiety spotykały się w świetlicy OSP raz w miesiącu na parę godzin. Pogaduszki i śpiew, trochę emocji jakby z młodzieńczych lat. Znów brat Gertrudy, będący na urlopie (Besuchu), widząc jak świetnie się Kaffeeklatsch ma, zaproponował, by kobiety wraz z innymi zorganizowały zespół, który by coś po niemiecku zaśpiewał, zatańczył, na ludowo – trachten. Zaoferował swoją pomoc w razie czego. Pomoc zaoferowali również ówcześni liderzy rodzącej się czarnowąskiej Mniejszości Niemieckiej i niektórzy mieszkańcy.

            „Mniejszość Niemiecka“ – DFK (TSKN) zaistniała formalnie, przybyło śmiałości i się zaczęło. W grupie założycielskiej w pierwszej chwili wszyscy zajmowali się wszystkim. Szybko jednak wyklarowały się zasadnicze funkcje każdego z osobna. Zespół został zarejestrowany, uzyskał osobowość prawną: NIP, REGON, adres, pieczęć, itd. Kierowania powstającą grupą ochoczo podjęła się wskazana do tej funkcji przez swego brata Gertruda Marsolek, która z Heleną Malchalczyk wzięły na siebie trud artystycznych przygotowań zespołu, inni – Lisowski Heinrich (pierwszy szef DFK), Kołodziej Richard z żoną Urszulą, Czok Agnieszka, Klemens Krystyna, inne sprawy. „Chłopy” zakręcili się więcej organizacyjnie, kobiety w przygotowaniach scenicznego opierunku i służyły pomocą w sprawianiu strojów, które zasadniczo wtedy i przez cały późniejszy okres szyła Gertruda – „Trudka”. Artystyczna piecza nad rozśpiewaną i roztańczoną grupą i fantazyjne jej ubieranie to było to, co najbardziej ją zajmowało na emeryturze. Niepozorna, w grubych okularach, a wyszło, że Trachten-wulkan pełen pomysłów, wizji na każdą aranżację, od razu przez nią realizowanych. Jakaś fascynacja? Teraz wyzwolona.

***

            Gertruda była z domu Gonsior. Urodziła się w 1921 r. w Borkach i tam spędziła swe panieńskie lata. Ojciec sztygar na kopalni w Mikulczycach (wtedy Klausberg), dobrze zarabiał i z tej racji w domu (było też trochę gospodarki) niczego nie brakowało. Było też radio, solidne, duże. Ona pasjami pochłaniała lecącą z niego muzykę i śpiew. Szkołę, wpierw parę klas w Czarnowąsach, resztę w Borkach bez trudu przeszła, celująco. Występowała w przedstawieniach szkolnych. Później dobrze radziła sobie w trzyletniej Städtische Haushaltungsschule (Państwowej Szkole Gospodarstwa Domowego) w Opolu. Uwielbiała chodzić do kina, kino-teatru, by popatrzeć na ówczesne gwiazdy, posłuchać pięknych głosów. Ze szkoły wyniosła szczególne umiejętności krawieckie i biegłość w rachunkowości. Z takimi preferencjami została przyjęta do Modegescheftu „Karla Sonke” przy ówczesnej Krakauerstrasse (ul. Krakowska). Tam często przychodziło jakieś „jaśniepaństwo”, a „damy” mogły sobie zażyczyć każdą, nawet najbardziej zmysłową kreację, fantazyjnie skrojoną i ozdobioną. Gertrudzie czasem przyszło uszyć coś dla dzieci „tego państwa”, coś extra, czego jeszcze nikt nie miał, jakieś bajecznie fantazyjne ubranko. Była to dla niej frajda. Tafty, szyfony, tiule, wstążki, cekiny, itd. w jej rękach wnet się w takie zamieniały. Była w tym twórczym krawiectwie dobra, toteż ją doceniano.

            Wojna, a po wojnie inny świat, wpierw przymusowe prace na rzecz sowietów przy „ich” inwentarzu, później przy kolejowych robotach gdzieś w Grossbrück (Czernica koło Wrocławia). Powrót i praca w GS-ie w różnym charakterze, tam gdzie trzeba było umieć liczyć. W GS-ie pracowała do emerytury, czyli do 1981 r. W międzyczasie wyszła za mąż za Georga (Jerzy) Marsolka, z którym wspólnie wybudowali sobie dom w Czarnowąsach i tam zamieszkali i choć sama nie miała dzieci, przez wiele lat było ich w nim pełno, tańczących, rozśpiewanych, a Gertruda między nimi. Zmarła w 2011 r.

***

            Próby miały miejsce raz w tygodniu w domu u Gertrudy, gdzie cały dół – garaż i przyległe pomieszczenia przysposobiono do tych celów. Mąż to wszystko akceptował, popierał ją, a potrzeba było sporo miejsca do tańca, na szafy ze strojami i innym sprzętem. Z czasem próby odbywały się także w świetlicy OSP (strażacy też chcieli jakoś pomóc). Próby były bardzo intensywne, bo Trudka nie odpuszczała, chciała wszystkie układy, taniec i śpiew wyćwiczyć do perfekcji, ale umiała też wyczuć kiedy czas na pauzę i potrafiła zadbać o te chwile towarzyskiej biesiady. Ważne było dla niej utrzymanie niemal familijnej atmosfery z dziećmi i młodzieżą występującą. Z początku śpiewano tylko po niemiecku proste ludowe piosenki do układów, które ona skądś pamiętała, z dawnych lat i tych które podpatrzyła w „telewizorze” i poznawała z filmów na kasetach, sama też sporo improwizowała, później doszły śląskie śpiewki. Muzyka, która w każdej chwili, czy to na próbach, czy występach ciągle obecna i konieczna musiała też zachować odpowiednią klasę, poziom. Od początku była to działka Heleny Marchalczyk, potrafiła grać na akordeonie i nie tylko, znała mnóstwo pasujących melodii, tak jak i Trudka. Chcąc, nie chcąc były skazane na siebie i póki co w pełnej harmonii prowadziły zajęcia.

***

            Helena Marchalczyk z domu Bieniek urodziła się w 1932 r. w Czarnowąsach. Szkolę podstawową zaczęła za niemieckich czasów, a kończyła za Polskich. Zawsze w styczności z muzyką śpiewem, a co za tym idzie repertuar znała szeroki niemiecko-polski. Już w pierwszych latach podstawówki pobierała nauki gry na akordeonie, a później przez rok jeździła do Opola (jeszcze wtedy Oppeln, ostatni rok) na tzw. Klawierstundy (nauka gry na pianinie). Później już z polską szopką wraz z innymi dziećmi Szkoły Podstawowej w Czarnowąsach była na występach w Opolu w teatrze (obecna Filharmonia). Jak sama mówi w domu zawsze dużo się śpiewało i grało. Tak było też gdy wyszła za mąż i coś nie coś z tego utrzymało się do dziś. Dla niej lata z Trachtenngruppe-Czarnowanz to niezwykle ważny epizod muzyczny, niepowtarzalny. W repertuarze zespołu znalazła się też jej kompozycja (słowa z dopasowaną melodią) o Czarnowąsach.

***

            Minął już jakiś czas od pierwszego występu w świetlicy OSP, gdzie było sporo ludzi i od następnego, do którego szykowano się wyjątkowo starannie, bo miało to być jakby na inauguracyjne otwarcie, po długim niebycie i w końcu remoncie sali wiejskiej powszechnie zwanej „u Walka na brodach”, a oni szykowali się na kolejny na tzw. Wichnachten – spotkanie Bożonarodzeniowe. Sala była w gestii DFK Czarnowąsy i one je realizowało. Setki ludzi oklaskiwało to, co działo się na scenie. Wzruszenie i radość, pewnie po obu stronach. Za kilka miesięcy występy w okolicznych miejscowościach. Zespół otrzaskał się scenicznie i szło mu coraz lepiej. Mówiono o nim w okolicy.

            Próby trwały nieprzerwanie nadal, podobnie jak i spotkania Kaffeeklatsch, gdzie omawiano też bieżące sprawy zespołu. Przede wszystkim była to jednak biesiada przeciętnie 40-tu kobiet, które w swoim gronie czasem też świętowały, np. w karnawale tzw. „Fasching”, dla nich też zespół występował. Czasem wpadł też jakiś gość, niekoniecznie z pustymi rękoma, jak choćby ks. Czesław Kwiatkowski, z czymś dla młodych tańczących. Potrzeby omawiano też w innych gronach, z liderami czarnowąskiej mniejszości i innymi dobrodziejami. I taka pomoc miała miejsce. „Mniejszość” kupiła jakiś materiał na stroje, czasem dała jakieś pieniądze, np. na autobus, tyle na ile było ją stać. Organista Świerc z Niemiec przywiózł sporo materiału, czasem inni czarnowąscy rodacy z Niemiec wsparli jakąś „marką”, pomagał też GOK Dobrzeń Wielki, a tamtejsza Mniejszość przez dłuższy czas pożyczała potrzebny akordeon. Były też inne wyrazy pomocy, jednak środków na stroje ciągle brakowało. Póki żył mąż Gertrudy te bieżące niedobory Gertruda mogła pokryć z ich portfela. Praktycznie ciągle szyła, od rana, niemal każdego dnia, bo ciągle coś innego realizowane w zespole, a ona ciągle miała nowe pomysły. U niej na dole w piwnicy – strefie Trachten szaf ze strojami przybywało, setki różnych kolorowych ubrań. Ciągle były gotowe do pracy 3 maszyny do szycia, na półkach pierwsze puchary, na ścianach pierwsze dyplomy – świat zespołu artystycznego.

            Ściąganiem utalentowanych adeptów „trachten” mieli się zajmować wszyscy założyciele, ale w praktyce wyglądało to tak, że jak się w tym cugu czarnowąskiej grupy ktoś znalazł, nawet przypadkowo, a Trudka (wtedy już nazywana przez niektórych z zespołu „Ober”) zmierzyła go swym okiem i wyszło, że czuje rytm i nie jest ofermą, już miał partnera, czy partnerkę, już tańczył. Okresami w zespole było więcej młodzieży niż umownie przyjęty optymalny stan sceniczny wskazywał – 24 osoby (12 par w różnych konfiguracjach wiekowych, np. 6 młodszych i 6 starszych, albo 8 młodszych i 4 starsze, itd.). „Ober” Gertruda jedno miała kryterium – predyspozycja sceniczna. W składzie zespołu były dzieci i młodzież „mniejszościowa”, ale i spoza tego obszaru. Ze z pozoru mniejszościowego zespołu powstało coś integracyjnego przy okazji, terytorialnie oscylującego w szeroko rozumianej okolicy, bo a Trachtengruppe-Czarnowanz byli ochotnicy z: Czarnowąs, Borek, Chrzanowic, Wróblina, Opola, Winowa, Dębskiej-Kuźni i innych miejscowości – wartość publiczna przydające wizerunkowi czarnowąskiego DFK i samym Czarnowąsom, a pewnie i całej Gminie, bo czegoś o takim charakterze nigdzie wokół nie było. Takie wrażenie przybierało ewidentnie, bo marka zespołu rosła w rankingach jemu podobnych. Zespół parł w górę, dopiero co beniaminek, a teraz już nie byle co.

            Kolejna świąteczna odsłona w sali wiejskiej w Czarnowąsach – pamiętny wjazd białymi, mikołajkowymi saniami i kolorowe Trachtengruppe. Później wielki sukces w Zabrzu na Krajowym Przeglądzie Zespołów Folklorystycznych. Czarnowąski zespół pierwszy raz w takim silnym obłożeniu, a na dodatek z numerem 13 (na 14 zgłoszonych zespołów), a w komisji sama „Groufini” (w branży znana persona z takim przydomkiem) autorytet wśród znawców tematu. Gdy przyszła ich kolej poruszenie w kuluarach i w komisji. Czarnowąski „Kopciuszek” błyszczał na scenie. Ciekawa choreografia, tempo tańczących na całej scenie w różnych układach. Wszystko wirowało, a między tym śpiew, mieszanka niemiecko-polska (na finiszu Poszła Karolinka). Sama „Hrabinia” z komisji, na ogół powściągliwa, im gratulowała sukcesu. Takie momenty uskrzydlały. Podobnie było w Leśnicy na podobnym przeglądzie, tam „ojczulkowie” podrzucali czarnowąskich artystów w górę, w górę, tak ich zauroczyli. Później Namysłów, a między tym zagraniczne wojaże, do Essen, gdzie zaproszono ich na Schlesien Treffen do słynnej „Gruga Halle”, podobnie w Mihlhausen i Hanowerze. Wszędzie byli gorąco witani i oklaskiwani, nagradzani.

W międzyczasie woda sodowa im do głowy nie uderzyła, występowali u siebie i w okolicznych miejscowościach: Czarnowąsy, Krzanowice, Chróścice, Jełowa, Komprachcice, Siołkowice, Kępa, Świerkle, Borki, itd. Pamiętny występ miał też miejsce w Brynicy przy okazji wielkiego mniejszościowego festu. Zespół bardzo sobie chwalił występy w GOK Dobrzeń Wielki na Corocznym Przeglądzie Zespołów Ludowych „Jesień z folklorem”.

W takim paśmie świetności minęło parę lat. Zmieniała się jednak sytuacja, z pozoru nie mająca wpływu na kondycję zespołu, który tak naprawdę nigdy nie dostąpił pełnej opieki menedżerskiej, od początku z resztą sama liderka – Gertruda Marsolek o nią specjalnie nie zabiegała, będąc przekonaną, że sama jakość podoła, byle jej ktoś od czasu do czasu pomoże. Gdy w połowie lat 90-tych zmarł jej mąż, a wraz z nim znikła możliwość uzupełniania braków środków finansowych, a w gronie założycielsko-patronackim odczuwało się ochłodzenie wobec „Oberin – Trudl”, które z czasem przełożyło się u niektórych na ostentacyjne ignorowanie jej i jej podopiecznych, zaczęły się gorsze czasy. Najwięcej cierpliwości wydaje się miała Helena Marchalczyk, która dalej z harmonią przy niej trwała, znała ją jak żaden inny i wiedziała, że prawie zawsze było tak, jak Trudka postanowiła, która zawsze też w swoje kompetencje nie dopuszczała nikogo, trwała w tym i traciła, bo musiała się bardziej starać o fundusze na stroje i na inne potrzeby. Dalej szyła, prowadziła próby, a lat jej przecież nie ubywało, dochodziła 80-tki. Na występach dalej pełna gala. Jednak podopieczni już dawno się zorientowali, że jest kryzys i załatwili w GOK Dobrzeń Wielki patronacki układ, znowu starczyło na stroje, na sprzęt muzyczny (nowy radiomagnetofon), a Gertruda Marsolek stała się instruktorem i miała z tego trochę grosza, z którego dla siebie i tak nic nie zostawiała, bo starym zwyczajem ciągle na stołach u niej na dole w strefie trachten musiało coś być dla jej „dzieci”, jakaś czekoladka, ciasteczko, czy owoc. Podopieczni z resztą też coś czasem upiekli, przynieśli z domu. Czasem swoim staraniem urządzili dla starszego grona gości spotkania i występowali dla niego. W zespole panowała familijna zażyłość, urodziny czy imieniny, święta, osobiste uroczystości obchodzono u szefowej – Oberin w piwnicy. Niektóre pary taneczne tak się zżyły, miały ku sobie, że po prostu wzięły ślub. W międzyczasie jednak odeszła Helena Marchalczyk, wszystkie melodie były już na taśmach, albo na CD, więc jakoś sobie poradzą pomyślała, głęboko rozważając swą decyzję, bo wiedziała też, że próby z harmonią to zupełnie coś innego, niż tylko grające pudła, ale tyle lat przygrywać to wystarczy, tym bardziej że Gertruda humorzasta była coraz bardziej. Rozumiała ją poniekąd, ale jak się nie da, to się nie da. Z dystansu dalej żyła grupą i śledziła jej losy. Faktycznie Gertrudzie było coraz ciężej, wyręczała się podopiecznymi np. w załatwianiu formalności w Opolu w sprawunkach, ale na próbach i przy nich na występach trzymała fason.

Nadszedł czas jubileuszu 10-lecia istnienia Trachtenngruppen-Czarnowanz, który radośnie obchodzono w sali wiejskiej na Brodach „u Walka”, gdzie między tańcami wspominano jak to było na początku i później, jak debiutowali pierwszym „Ein Vogel wollte Hochzeit machen”, jak później zaczynali każdy występ od Oberschlesien ist mein liebes Heimatland, by za chwilę ruszyć w tańcu po scenie w szybkich polkach, bardziej zmysłowych tangach, w walcu angielskim i wiedeńskim i śląskich skocznych hołubcach i znów coś delikatnego jak Ave Maria Das Heimat, coś o Czarnowąsach Ort am Oderschtrand i na końcu Poszła Karolinka do Gogolina. Wspominano, kto się przez zespół przewinął, z tymi co jeszcze później doszli byli w nim: Balcer Lucyna, Bias Roman, Czok Tomasz, Duda Monika, Gabrielczyk Klaudia, Gabrielczyk Sonia, Gajda Anna, Gajda Beata, Gajda Ewa, Klemens Rafał, Kasprzak Justyna, Kasprzak Mariusz (zapamiętany z występu solo w Zabrzu), Klemens Sabina, Klemens Tomasz, Kotula Anna, Kotula Maria, Kotula Piotr, Kozioł Ewa, Krafczyk Krzysztof, Kubis Urszula, Leja Fabian, Lesz Rafał, Libawski Andrzej, Lisowski Monika, Lisowski Teresa, Malcharczyk Ewa, Mikoszek Beata, Mikoszek Krystian, Niedworok Hubert, Niedworok Łukasz (zapamiętany z występu solo wokal i muzyka w Namysłowie), Noworolska Małgorzata, Piontek Anna, Piontek Beata, Skorupski Łukasz i Skorupski Rafał (zapamiętani z solowych występów akordeonowych), Sorówka Anna, Spierewka Sebastian, Suszczyk Anna, Suszczyk Łukasz, Teda Klaudia, Tomala Tomasz, Waindok Łukasz, Waleska Sabina, Wolny Aleksandra, Wosz Andrzej, Wypisz Rafał.

            W zespole ubywało par tanecznych, bo przecież w życiu młodych się ciągle coś zmieniało, za szkołą studia, praca, w końcu rodzina, więc odchodzili. Naborem nie miał się kto zająć. Nie było też już takiej fascynacji taką niszą kultury mniejszościowej, jak kiedyś. „Mniejszość Niemiecka”, w tym czarnowąska delikatnie rzecz ujmując bardzo odpuściła sobie sprawę młodych, choć w mieście de facto młodzieżowa dyrekcja miała już swoją siedzibę.

            Choć do końca Trachtengruppe-Czarnowanz postrzegana była jako falanga czarnowąskiej mniejszości ta dawno o niej zapomniała, w tym jej kierownictwo. Takie postrzeganie jeszcze dziś można zaobserwować, mimo to zespół występował dalej, jak długo się tylko dało, ale w 2002 r. ostatecznie się rozsypał, upadł, ku zaskoczeniu? ostatnich tańczących par. Zaskoczonych z pewnością nie, ale z pytaniem, czy tak się musiało stać. Gdy dziś po latach spytać ich o to samo odpowiadają różnie, ale sens jest podobny, że zespół mógł  istnieć, tylko że dużo wcześniej musiał by się pojawić jakiś menedżer, któremu by bardzo zależało na tym i który potrafił by rozmawiać z szefową Gertrudą i innymi gestorami, z liderami mniejszości lokalnej i gdyby wszyscy zrozumieli, że obrażanie się wzajem na siebie szkodzi sprawie. Tak po prostu przejąć kierownictwo nad zespołem nic by nie dało, bo nikt by w zespole nie został. Zespół był jak rodzina, taka w nim panowała atmosfera, tak żeśmy się traktowali i tak nas traktowała Gertruda Marsolek. Tego się nie da zawnioskować, według harmonogramów prowadzić, a to, że podobno przyczyna upadku leży po „Jej” stronie, bo była taka czy owaka to nieprawda. Zdawała sobie sprawę, że ktoś w końcu musi zespół przejąć, jako takiego widziała Sebastiana Spierewkę, to było widać, ale nie wyszło, bo doszły jeszcze inne komplikacje. Szczególnie nieporadne było podejście lokalnej mniejszości, ale cóż, to też była organizacja już wtedy słabnąca, o niewielkich środkach, organizacja steranych życiem ludzi. Mamy piękne wspomnienia, trochę zdjęć z tamtych lat, niewiele zostało, ale trzeba pamiętać, że do naszej piwnicy Marsolków zawitała powódź, właściwie dwie, w tym największa w 1997 r. Zalało nas po sam sufit. Ledwie stroje żeśmy uratowali. Dokumentacja i inne sprzęty. Odbudowywaliśmy się z pomocą przede wszystkim gminy i innych instytucji, a także osób prywatnych, szkoda że tak wyszło.

            Trachtengruppe-Czarnowanz wielka sprawa, honor dla Czarnowąs, zjawisko dziś już historyczne.

                                                                       J. Moczko – Świerklanin