Chór św Cecylii cz. I

Powszechnie znany, różnie nazywany w zależności od miejsca i sytuacji np. Chór przy

parafii w Czarnowąsach, Chór parafii Bożego Ciała w Czarnowąsach, czy też Chór kościelny

Rzymskokatolickiej Parafii Bożego Ciała w Czarnowąsach, albo Chór św. Cecylii w

Czarnowąsach, lokalnie jednak najczęściej po prostu Chór z Czarnowąs, czasem wręcz św.

Cecylia z Czarnowąs, właśnie obchodził jubileusz 80-lecia istnienia, uświetniania swym

śpiewem, koncertami uroczystości religijnych i okołokościelnych.

W ostatnią niedzielę roku kościelnego, na Chrystusa Króla i św. Cecylię patronki

chórzystów, chórmistrzów, dyrygentów, organistów, chórów i zespołów muzycznych

Czarnowąski Chór św. Cecylii po południu miał swoją intencyjną mszę św. za byłych i

obecnych członków chóru, dyrygentów, muzyków i ludzi związanych z chórem. Msza była

koncelebrowana. Te Deum Laudamus, życzenia, a między tym piękne pieśni w wykonaniu

jubilata – Chóru Czarnowąskiego. W słowie bożym ks. proboszcz Piotr Pierończyk podkreślił

szczególną wartość, jaką stanowi ciągłe, od wielu lat zaangażowanie tej śpiewającej

wspólnoty w życiu religijnym czarnowąskiej parafii, gdzie można go usłyszeć regularnie na

Boże Narodzenie, podczas Triduum Paschalnego, na Wielkanoc, w czasie Bożego Ciała, i tak

jak teraz na Chrystusa Króla i św. Cecylię. To odśpiewane Te Deum… na chwałę Bogu to

także dla chóru, jego członków i poniekąd w intencji potencjalnych przystąpień nowych

członków do chóru. Podobnego ducha, uroczystego, z większą dozą miłych wspomnień były

słowa ks. Czesława Kwiatkowskiego, byłego długoletniego proboszcza w Czarnowąsach,

przyjaciela grupy chóralnej. Mszę św. koncelebrowali także: ks. Adrian Jańczyk, ks. Jerzy

Kowolik, ks. Damian Cebula i ks. Jan Golba.

Jak zawsze tak i na tej mszy św. chórowi towarzyszyli orkiestranci. Dyrygował

Łukasz Niedworok (foto) z Czarnowąs, a za organami stanął Tomasz Krzemiński – były

dyrygent Czarnowąskiego Chóru.

Krótko po mszy św. uczestnicy – animatorzy jubileuszu udali się do stosownego

lokum, opodal, Restauracji Fabio, gdzie biesiadnie z poczęstunkiem spędzili parę ładnych

chwil. Wspominkom nie było końca. Fotograf przy tym był, więc upamiętnił to znamienne

spotkanie wszystkich z Chórem św. Cecylii związanych. chorgrupowe.jpegNa fotografii wg. porządku od lewa

do prawa rzędami – rząd I (siedzący): Monika Czirnia, Edyta Kowol, Aniela Waindok, ks.

Czesław Kwiatkowski, ks. Mariusz Stafa, ks. Damian Cebula, s. Daniela (Jadwiżanka), ks.

Jerzy Kowolik, ks. Adrian Jańczyk, ks. Jan Golba, ks. Piotr Pierończyk (proboszcz w

1

Czarnowąsach); rząd II: Jadwiga Krzemińska, Elżbieta Klimek, Amelia Kotula, Gabriela

Kornek, Anna Ratuszny, Klaudia Staś, Brygida Sorówka, Gizela Czok, Urszula Wocław,

Maria Jurczyszyn, Magdalena Mróz, Marta Patrzek, Józef Skowronek, Jerzy Kijowski, Paweł

Wocławek, Andrzej Wilk, Tomasz Krzemiński; rząd III: Agnieszka Pilarska, Renata Wilk,

Małgorzata Kaps, Andrzej Waindok, Anna Jabłońska, Ludmiła Zawadzka-Wocial, Łukasz

Niedworok, Marian Kokot, Rudolf Niestrój, Jan Czech, Krystyna Pietrek, Stefan Kołodziej,

Jerzy Pietrek i Paweł Starosta.

Powstawanie Chóru św. Cecylii w Czarnowąsach jako proces tworzenia się grona

parafian zdecydowanie przystępujących do niego z zamiarem wspólnego śpiewania,

pięknego, w swym pięknym kościele, pięknych pieśni podczas, albo przy okazji uroczystości

kościelnych bez wątpienia miała miejsce w początkowym okresie proboszczowania ks.

Henryka Mainki. Trzeba tu zaznaczyć, że u zarania bardzo dynamicznego proboszczowania,

niekoniecznie dla ks. Mainki przyjemnego, zważywszy, że w czasie wprowadzania go do

kościoła czarnowąskiego na duszpasterza 26 kwietnia 1932 r. uroczystości towarzyszył spory

ferment, delikatnie rzecz ujmując, szemranie obecnej wspólnoty parafialnej, później bojkot

kościoła z jej strony, nazywany strajkiem kościelnym (Kirchenstreik), ciągnący się

tygodniami, miesiącami. Ks. Mainka cierpliwością, modlitwą i dobrym słowem

odbudowywał normalność w kościele. Właśnie minęła mu 40-tka, sił starczało mu więc na

wiele. Już się kościół zapełniał, już przeprowadził pielgrzymki, wpierw „polską”,

później „niemiecką” na Górę św. Anny do sanktuarium, we wrześniu. Kończył modernizację

plebanii. Po większej części parafianie wszystkich miejscowych opcji byli już z nim. Szło

dalej ku lepszemu. Może ks. Henryk Mainka wracając w myślach do swego trudnego

pierwszego dnia obejmowania probostwa, oprócz szemrania na dole dostrzegł, czy usłyszał,

pewnie ledwie że, ale jednak mimo wszystko radosny śpiew Chóru szkolnego u góry na

chórze. Teraz właśnie gdy rok liturgiczny się kończył, a „jego” organista, ten sam któren

wtedy na chórze „dziewczętom dyrygował” na powitanie – Victor Schober zdawało się

myślał o tym samym, o podniesieniu takiego śpiewania wyżej, założenia chóru na chwałę

Bogu, parafii i parafian. Ks. Mainka pewnie pierwszy zasugerował tą myśl, organista jakby na

to czekał i po chwili z udziałem Stefana Klemensa ruszyło „werbowanie” co

charakterniejszych głosów do chóru. Pewnie na Chrystusa Króla i św. Cecylii ks. proboszcz

pobłogosławił mu – debiutującemu i życzył wszystkich łask bożych, tak na wytrwanie i

radosne śpiewanie.

2

Wymiar właściwy co do składu, dyspozycji, repertuaru, zgrania chór osiągnął w

następnym roku. Z tego pewnie powodu niektóre przekazy optują wokół roku 1933 jako roku

założenia Chóru św. Cecylii w Czarnowąsach. Faktem jest, że większa piecza kościelna nad

nim mogła mieć miejsce z chwilą przyznania do pomocy ks. Maince w pracy duszpasterskiej

ks. Ericha Schewiora w kwietniu 1933 r. Młody 26-letni wikary chętnie pewien

zakres „kompetencji” proboszcza wobec chóru przejął, podobnie późniejsi wikarzy: Kurt

Malik, Edgar Maniera, Johannes Tshöpe, Franz Zmuda, Viktor Bernaisch, Franz Smolorz i

poniekąd Johannes Schmidt (w jego przypadku był to już czas wojny, chór się wyciszał).

Założenie chóru kościelnego to było co prawda wydarzenie, zważywszy chociaż na

okoliczności, ale w szerszym obrazie czarnowąskiej rzeczywistości jawił się jakby normalna

kolej rzeczy. Jeżeli wziąć pod uwagę to, że w tamtejszych czasach umuzykalnienie młodzieży

szkolnej opuszczającej szkołę (ma się rozumieć starszych roczników również) było

nieporównywalne z tym, z jakim dziś mamy do czynienia, chodzi o znajomość pieśni,

piosenek, wyćwiczoną umiejętność klarownego śpiewu, gry na instrumencie (najczęściej

mandolina, harmonia, harmonijka ustna), osłuchanie muzyczne, następnie mnogość różnych

organizacji, związków, stowarzyszeń, jak choćby: Straż Pożarna (Feuerwehr), Związek

Kombatancki (Kriegerverein), kółka śpiewacze (jak grzyby po deszczu wyrosłe w okresie

okołoplebiscytowym, później w dużej części zmuszone do samorozwiązania), sportowe kluby

(Sportvereiny), stowarzyszenia łyżwiarskie, motorowe, kluby inteligenckie, to wszyscy,

szczególnie pierwsze dwa przykłady miały swoje śpiewniki, sztandarowe pieśni, które

śpiewane były na ogół z udziałem orkiestrantów, orkiestry, przy różnych okazjach,

adekwatnych do charakteru organizacji, także z okazji ślubu, czy pogrzebu członków, bywało

że mały, okolicznościowy chórek – schola też tam był obecny. Podobnie, choć w znacznie

mniejszej skali z dużo mniejszym rezonem realizowały się w pieśniach bractwa kościelne,

liczne w Czarnowąsach. Muzykanci na weselach, na zabawach, co drugi mieszkaniec potrafił

na czymś grać, a w niedzielne popołudnia na ławeczce przed „zagrodą” zaśpiewać każdy. Do

tego dodatkowe umuzykalnienie w szkole za sprawą co rusz tworzonych chórków, których

członkowie przyswajali sobie dalsze pieśni i ważne doświadczenie – śpiewania w grupie

zdyscyplinowanej, realizującej się publicznie. Z wszystkich tych gron zawsze można było

zmotywować kogoś i dalej skompletować na dłuższą, czy krótszą metę chór czy zespół –

scholę, mogący zaśpiewać w kościele, bo wszyscy kościelne pieśni znali. Trzeba było tylko

od czasu do czasu zebrać się na próbie. Tak pewnie było za ks. Komisariusza Mieczyslausa

von Lukowitza w latach 20-tych poprzedzających okres Henryka Mainki. Ks. v. Lukowitz

3

dobiegał 70-tki, nie miał nigdy do pomocy wikarego, z tej racji dla kościelnego chóru mógł

być tylko formalnym pryncypałem na daną chwilę, a całą resztą zajmował się „jego”

wieloletni organista i kościelny zarazem Viktor Schober. Tak pewnie było też przy okazji

obchodów 700-lecia parafii czarnowąskiej w 1928 r. Więcej było też wówczas języka

kościelnego – konfesjonalnego polskiego. Tąpnięcie kirchenstreikowe zburzyło na jakiś czas

takie relacje, ale staraniem nowego proboszcza ks. Henryka Mainki odbudowywały się, wręcz

nabywały nowego wymiaru, w tym nowym cugu ku lepszemu. Wiele się zmieniało w sferze

umuzykalniania, w ogóle w samych Czarnowąsach.

Miejscowość z dworcem kolejowym, w której pojawił się regularny autobus, były

piękne drogi, był kościół i klasztor, letniskowy „Strandbad” (plaża nad Małą Panwią), było

kilka restauracji, szkoła, szereg podmiotów gospodarczych, przykładnych gospodarstw

wiejskich, funkcjonowała szerzej jako Ausflugort (miejscowość wycieczkowa). W wielu tych

miejscach znacząco akcentowano kulturę muzyczną. W miejscowości o rosnącej nobilitacji u

miejscowych i przyjezdnych wzrastała emanacja stosownego określenia się w niej, bycia na

czasie. W tej tendencji oscylowały chóry, zespoły, muzykanci i animatorzy, w tym chórek

szkolny, który za czasów Viktora Schobera, okolicznościowy, ale już utrwalający się, a za

czasów nauczyciela i organisty Nieslonego stały, czy chór – zespół męski, „inteligencki”,

którego niektórzy członkowie byli także w składzie chóru kościelnego, jak choćby Józef i

Viktor Slottowie, także nauczyciel Struzyna. Chórek szkolny ćwiczył w szkole, a przed

występami w kościele na chórze kościelnym. Chór „inteligencki” – męski miał swoje próby w

Arendzie (restauracja), tam też występował nierzadko z udziałem kameralnej grupy –

pianino, „smyczki”, może kontrabas, itd. „Klavierstundów” (nauka gry na pianinie) udzielała

żona emerytowanego amtowego Laxego – Franciszka, a muzykantów przyuczał już wtedy

Marcin Wosnitza.

Tymczasem Chór św. Cecylii na próby zbierał się na ogół raz w tygodniu w

kościelnym Oratorium, a jak trzeba było prezentował się w pieśni na kościelnym chórze, lub

w przedpolu prezbiterium (rzadko) ze swym dyrygentem Viktorem Schoberem –

conrektorem. W mniejszym składzie raczej już bez niego jako schola z innych okazji, np.

pogrzebie jakiegoś zacnego czarnowąsianina. Z pewnością taka sytuacja miała miejsce w

maju 1937 r. na pogrzebie właśnie Shobera na cmentarzu św. Anny w Czarnowąsach, w

którym wzięli udział licznie czarnowąscy parafianie. Wieloletni dyrygent od 1935 r. wyraźnie

chorował, zdarzało się, że musiał go ktoś zastępować (Viktor Schober nauczyciel w

Czarnowąsach od 1910 r. przybyły do pomocy szykującemu się „do emerytury”

4

kierownikowi szkoły, jednocześnie będącego organistą i kościelnym – Franciszkowi

Krollowi. Z chwilą przejścia Krolla na emeryturę przejął jego obowiązki, a dodatkowo zajął

się chórem. Przez wiele lat następnych tak funkcjonował, niemal do śmierci.). Wiele mu

parafianie czarnowąscy zawdzięczają.

Po Schoberze „batutę” przejął nauczyciel Ploschke, wywodzący się raczej spoza

miejscowego grona nauczycielskiego. Organistą w kościele był wtedy zapewne Nieslony,

więc Ploschke dyrygował jakby tymczasowo, ale utrzymując zastany porządek, tzn. chór

zasadniczo śpiewał w języku niemieckim i łacińskim, ale w jego programie stałym elementem

było śpiewanie pastorałek polskich na godzinę przed Pasterką w kościele parafialnym p.w.

św. Norberta z udziałem grupy instrumentalnej – „smyczki” i instrumenty dęte drewniane (ten

stały element programu realizowany jest do dziś). Czasem chórowi towarzyszyła orkiestra

Ten sam porządek utrzymywał kolejny chórmistrz, dyrygent Kansy, którzy przejął

chór od Ploschkiego w 1938 r. W kwestii „stałego elementu” w programie wyraźnie miał

gorzej. Język polski, czy to literacki, czy kościelny konfesjonalny był generalnie zakazany. W

świątyni jednak trochę jakby miejscu-azylu obawy odpuszczały, śpiewano jeszcze stały

element do jakiegoś czasu. Nie ma pewności, czy także po wybuchu wojny, kiedy to chór z

miesiąca na miesiąc ucichał. Nie było już tak pełnych składów, ani na próbach, ani na

świątecznym śpiewaniu. Chór stawał się coraz bardziej żeński, bo mężczyźni gdzieś w

świecie wojowali. W 1941 r. zaczęła się też żeńska dyrygentura chórem. Przypadła siostrze

Floribercie z zakonu sióstr Jadwiżanek, która niezależnie jaki stan ducha akurat panował poza

Kościołem, sama ze spokojem chórem dyrygowała, obojętnie ilu członków było obecnych na

próbach. Tak samo siostra Mechtilda, także Jadwiżanka, która w 1943 r. po swej towarzyszce

chór przejęła. Dyrygowała mu do początku stycznia 1945 r. Były to już wtedy sporadyczne,

bo Bożym Narodzeniu w 1944 r. spotkania. Do samego końca niemieckich czasów obowiązki

kierownika – prezesa chóru pełnił Stefan Klemens.

Przełom frontowy 21-23 styczeń 1945 r. dotknął wszystkich wokół w Czarnowąsach i

nie tylko, także tych z chórem związanych, w tym dyrygentki – siostry zakonne, które wpierw

z ks. Mainką i innymi siostrami schroniły się w piwnicy kościelnej, a po paru dniach wyszły i

na dzień dobry zostały srogo przez radzieckich sołdatów potraktowane.

Gehenna we wiosce trwała tygodniami, w końcu zelżała, wracało życie cywilizowane.

Wiele domostw spłonęło, wiele ludzi zginęło. Ocaleli pogorzelcy pomieszkiwali u sąsiadów,

krewnych, czasem tylko kątem. Gdy po paru miesiącach zbezczeszczony kościół Ci ciężko

5

doświadczeni parafianie czarnowąscy doprowadzili do stanu używalności, powróciło

kościelne życie, a wśród ostałych się chórzystów myśl jego odbudowy. Tak oni jak i kolejni

adepci musieli wpierw podszlifować „swój polski”, poznać polskie pieśni. Akurat u swych

krewnych przy obecnej ulicy wolności mieszkał pogorzelec Stefan Klemens z rodziną i inni.

W tym ocalałym sąsiedztwie Wosnitzów i Wypichów, można by rzec sąsiedztwie mocno

umuzykalnionym i śpiewaczym w większej izbie zaczęły się próby chóru nowej epoki.

J. Moczko – Świerklanin

(foto: Foto Kałuża – Czarnowąsy i autor)