Tropem byłych Gescheftów cz.2

ART. 3

Tropem byłych Gescheftów

 

            Tym razem w Czarnowąsach na ulicy Wolności (kiedyś Dorfstrasse, później do 1945 r. SA-strasse). Jak widać na starej widokówce funkcjonował przy niej jednocześnie dotykając tzw. Gonsiorstrasse (róg tych ulic, Gonsiorstrasse dlatego, że przy niej mieszkały trzy rodziny o tym nazwisku), sklep Kolonialwaren i Kurzwaren.

            Gonska wynajmował go i prowadził na własne konto, a właścicielem całego miejsca był Paweł Gonsior z zawodu rzeźnik. Sklep pewnie założył jego ojciec, a on sam może i kiedyś wraz z żoną Łucją (córka „Lympki” z Horst – Świerkle) prowadził go jako Fleischerei – sklep mięsny, zanim niedaleko, po drugiej stronie drogi (dziś za krzyżem) w okazałym domu „lekko kopniętym” taki powstał. W każdym razie młody, nieżonaty jeszcze Gonska dobrze prowadził interes. Ożenił się i wraz z żoną (pochodziła gdzieś z okolic Prószkowa koło Opola) wybudował okazały dom opodal (róg ulicy Wolności i ulicy Akacjowej), a w nim wyszykował nowoczesny sklep, w którym można było kupić więcej niż w zwyczajnym koloniarwarenhandlungu. Gonskowie mieli jedno dziecko i poukładane życie. Cieszyli się sklepem dopóki wojna nie zawitała do Czarnowąs, ewakuowali się zawczasu. Niestety krasnoarmiejcy dom i sklep splądrowali, a że skorzystali z wielkiego asortymentu trunków, jaki tam zastali, bawili się przednio, a później wszystko spalili.

ges-gons2.jpeg


ges-gons.jpeg

 

Po jakimś czasie Gonskowa wróciła sama, z nadzieją, że mąż i córka kiedyś dojadą. Postanowiła, że póki co sama odbuduje dom, a później się zobaczy. Ojciec jej pomagał, dojeżdżając do niej z materiałami. Sama mieszkała w przybudówce gospodarczej. Dom już był pod dachem, a ona ciągle sama, uparta, zmęczona sytuacją, zabrała się do dalszych robót, ale czasy zmieniały się na niekorzyść dla takich rozdzielonych familii. Szanse na powrót bliskich zmalały do zera, zdecydowała się wyjechać, a to co miała zostawić państwu i tak zrobiła. Długo taki niedokończony dom stał i straszył, a o jego dawnej świetności świadczyły tylko szerokie schody z przodu, prowadzące do byłego sklepu, aż coś zaczęło się dziać, gmina doprowadziła go do użyteczności, wprowadzili się lokatorzy. Dziś jako mienie komunalne Gminy Dobrzeń Wielki, która stosunkowo niedawno wyremontowała go porządnie, pięknie się prezentuje.

            Natomiast na Gąsiorowni sklep po Gonsce już nie funkcjonował jeszcze za niemieckich czasów. Spotkał go też, jak i cały dom ten sam los za sprawą tych samych wesołych sowietów. Po wojnie Gonsiorowie dom odbudowali, trochę go skrócili, sklepu nie przewidując, ze starych elementów na miejscu ostały się tylko stare betonowe słupki przy furtce przy bramie. Taki stoi do dziś.

 

                                                                       J. Moczko – Świerklanin

 



ART. 4

 

Śladem byłych Gesheftów

 

            Śladów tego Gesheftu trudno dziś szukać. Tam, gdzie się znajdował dziś pleni się pospolite trawsko i chwasty. Jedynie dwa betonowe stylizowane słupy z byłego ogrodzenia świadczą o tym, że to miejsce, tu przy drodze kiedyś Auenweg, później ulica Zapłocie, a dziś ulica Kośnego (kiedyś i dziś dalej funkcjonuje określenie Zapłocie tego rejonu) było zamieszkałe. Na współczesnej fotografii, zrobionej od ulicy Jagiełły, widać je. Na drugim planie widzimy w głębi linię zabudowy firmy „Prowod”.

            Jeszcze nie tak dawno stał tu stary, już niezamieszkały budynek, sfatygowany jak inne opuszczone, ale każdy przechodzący w pobliżu zwracał na niego uwagę, bo był specyficzny swą zewnętrznością, sugerującą dawniejszą jego świetność, jego piękno i wymuskanie. Fakt, nie dość, że w przeszłości taki był, niemal jak lukrowane ciastko, to na dodatek wypiekano w nim takie słodkości. Zasadniczo jednak chleb powszedni i bułki. I tak niemal przez 100 lat, a może i więcej.

           
W drugiej połowie XIX wieku stała tu już piekarnia, wtedy budynek usytuowany był bokiem do drogi głównej Opole-Pokój (Carsruherstrasse). Z niej wchodziło się do środka. Szczyt domu niemal przylegał do drogi polnej – Auenweg. Wokół rozchodził się zapach świeżo pieczonego chleba, pieczonego w wielkim „wielouku”, podobnym do znacznie mniejszych spotykanych w co drugim gospodarstwie. U schyłku wieku pieczenie w takim wielouku było już mocno nierentowne, co jakby przesądzało o kondycji piekarni „Bäckerei-Mann”. Frau Mann – starsza już kobieta, rodem z Żelaznej, wdowa, piekła sama póki sił jej starczało. Na przełomie wieku XIX i XX miejsce Mannów kupili Slottowie z Borek (z tej części, która kiedyś należała do Dobrzenia Małego, zwanej Klapatz). Slotta – ojciec podzielił miejsce na dwie części, które zapisał synom: Piotrowi – późniejszemu budowlańcowi (Bauunternehmenowi) niezabudowaną, na które wybudował sobie domostwo (dziś już nie istniejące, w tym miejscu stoi Cukiernia – Kłysek) i Józefowi – piekarzowi (Bäckermeistrowi), który z żoną Katarzyną zdecydował się przebudować starą piekarnię, dobudować do tego więcej kubatury mieszkaniowej w stronę od drogi głównej, wzdłuż „zapłocia”. Przebudowywana droga główna Carlsruherstrasse tak „się podnosiła”, że innego wyjścia nie było. Front domu pięknie wyszykowany tym samym został jakby obrócony o 90° względem starej zabudowy.

            Jak wyglądało tu 100 lat temu i wiele lat później uwidaczniają nam fotografie archiwalne. Najstarsze, z rowerem, cyklistą i małoletnimi druhami, pewnie z okresu ok. I Wojny Światowej (mogą o tym świadczyć „patriotyczne” ubranka). Zrobione w pełnym słońcu z tego samego miejsca, co i nasze współczesne, obrazujące sytuację „na Zapłociu” w Czarnowąsach, przed piekarnią Slottów. Już wtedy Józefa Slotty (ur. 1878 r. – zm. 1953 r.) i jego żony Katarzyny. Slottowie piekli chleb, czasem jakieś „kołołcyki” i choć na Zapłociu, czyli za opłotkami zabudowy centrum wioski, opodal, ich wypieki miały wzięcie, nie tylko na miejscu, wyruszali z nimi poza Czarnowąsy, drogą główną Carlsruherstrasse, która biegła tusz obok nich. Nie rzadko ktoś „w drodze” przystawał na niej po chleb.

            Od początku w piekarni u Slotty terminowali młodzi adepci piekarskiego fachu, uczniowie nie tylko z zewnątrz, jak choćby Oskar Moor z Borek, który tak jak wcześniejsi i późniejsi niedoszli jeszcze gezele (czeladnicy) chodził z bułkami i sprzedawał je ludziom w okolicy, a ci nazwali go Semmelfritz (bułczany Wielki Fryderyk, odtąd wszystkich późniejszych tak nazywano), ale też niektórzy synowie aktualnego mistrza (Bäckermeistra), także syn Józefa – seniora, również Józef (ur. 1912 r. – zm. 2001 r.), który później przejął interes po ojcu i prowadził go wraz z żoną Marią oraz Wiktor, który po wojnie był długoletnim piekarzem w Świerkli.

            Bäckermeister Josef Slotta – senior już wtedy był postacią znaczącą i szanowaną w Czarnowąsach. Od lat był członkiem założycielem i udziałowcem „Darlenskasse” (Kasy Pożyczkowej), która mieściła się w jego domu, w jednym specjalnie na ten cel przeznaczonym pokoju w części mieszkaniowej. Była kasa pancerna, księgi, kontuar, itd. Slotta był członkiem Rady Parafialnej i Kościelnej, za czasów ks. Komisariusza von Lukowitza i później za ks. proboszcza Henryka Mainki. Na co dzień rodzimej opcji językowej i patriotyzmu lokalnego, z dystansem odnosił się do krzykliwych ideologii. O takim obliczu kolejne lata wpisywał się w czarnowąską rzeczywistość.

            Póki co sytuację przed piekarnią w latach 30-tych XX wieku przedstawia kolejna historyczna fotografia, na której na tych samych, co w poprzedniej fotografii schodach przed wejściem podobna stoi grupa zuchów, tyle że bosych. Nowoczesna witryna, u góry szyld o treści „Josef Slotta Bäckerei u. Conditorei” (Josef Slotta piekarnia i cukiernia).

            W 1937 r. Josef Slotta – syn ożenił się. Wtedy piekarnia została na niego przepisana. Ale dalej był to interes rodzinny i dalej pracowali w nim ojciec i jego dwaj synowie z żonami. Trzeba było więc sporo upiec i to sprzedać, coś sprzedało się na miejscu, coś w okolicy, ale sporo także w Opolu na targu, gdzie Slottowie mieli swój „stand” (miejsce). Świeżo upieczony właściciel kupił samochód dostawczy, trójkołowy i mógł już dwa razy obrócić do miasta z wypiekami, a domownicy obsługiwali resztę, jednak w 1939 r. młodych wchłonęła armia. Josef musiał zgłosić się ze swoim samochodem. „Młodzi” wojowali, a Josef Slotta – senior znów kierował piekarnią, właściwie żeńską. To były już inne czasy, reglamentowane, na kartki, ale z początku z całkiem przyzwoitym jeszcze asortymentem. Później było nieco gorzej, aż nadszedł styczeń 1945 r., Czarnowąsy płonęły, w tym wiele Gesheftów. Slottowie szczęśliwie ocaleli. Nie trwało długo, jak wyzwoleńcza armia czerwona zapukała do Josefa Slotty seniora, z mąką, by im chleba napiekł i „wsiem chaziainom w dieriewni, giermańcom niet”. Miał tego dopilnować, chleb sprawiedliwie podzielić, on „charoszyj czieławiek kak skazali liudi kamandiram”. Słota ze wskazania mieszkańców Czarnowąs, mąż zaufania, sołtys, niemal wójt miał pomóc podźwignąć się wiosce po frontowej gehennie. Robił to skutecznie. Piekł małe chlebki, by dla więcej mieszkańców starczyło, a z drugiej strony pomagał załatwiać szereg spraw bytowych i „politycznych” swym ziomkom w nowej, polskiej państwowości. Swoje biuro sołtysa, czy wójta urządził w byłej „Darlenskasie”, tzn. w pomieszczeniu, gdzie była Kasa Pożyczkowa.

            Wrócili synowie i piekarnia znowu zaczęła funkcjonować „normalnie”, chociaż nie do końca, bo mąki raczej było za mało niż za dużo. Ale ludzie uruchomili swoje zapomniane „wielouki” w domu i stosując ersatzowe receptury, uzupełniali niedobory swoje i sąsiadów. Dla prywatnej inicjatywy póki co panowało ulgowe przyzwolenie, piekarnia funkcjonowała pod polskojęzycznym szyldem, drewnianym, niepozornym (zachowany do dziś – foto) 30 cm x 70 cm o treści „Piekarnia Józef Słota”. Starym zwyczajem od czasu do czasu jakieś słodkie wypieki się w niej pojawiały. Ktoś „z załogi” piekarni wychodził z nimi do pobliskich wiosek, gdzie piekarnie jeszcze nie ruszyły, choćby np. do Świerkli.

            W 1950 r. nestor rodziny Józef z żoną Katarzyną obchodzili swoje złote gody, 50 lat pożycia małżeńskiego. Z tej uroczystości pozostało familijne zdjęcie, tradycyjnie znowu zrobione przed Słotownią. Na nim: jubilat z małym dzieckiem na kolanie, jubilatka po jego prawej ręce, w tym samym rzędzie bracia jubilata – z lewej (dwóch) Jan i Tomasz, z prawej Franciszek (piekarz w Osowcu), z lewej strony kadru przyjaciel domu ks. Henryk Mainka, wśród familii jest też syn Józef – piekarz (w ostatnim rzędzie w pionowym rzucie między głowami wujków) i Wiktor z małżonką (tuż nad głową jubilata), którzy później byli na piekarni w Świerkli „u Kampy”.

            W 1953 r. Józef Słota – senior, niedawny jubilat zmarł. Akurat nadchodziły nieciekawe czasy dla prywaciarzy. Nie dożył momentu smutnego dla pozostałych, gdy to syn Józef był zmuszony piec wygasić i piekarnię zamknąć na przełomie 1954 i 1955 r. Józefowi Słocie – synowi przyszło zatrudnić się w GS-owskiej piekarni u Kalle (GS wynajmował ją) przy ul. Wolności i tam pracować do emerytury. W piekarni rodzinnej „na Zapłociu” cisza trwała do odwilży politycznej w kraju. Ktoś z zewnątrz się nią zainteresował, wynajął i znów w 1963/1964 zapachniało tam chlebem. Wpierw wynajął ją Gralak i kilka lat prowadził. Po nim Tęgowski przez ok. 2 lata, później Michalak, ale już jako cukiernię. Podobnie następny i ostatni cukiernik Kłysek. Zmiana wynajmującego piekarnię była dość ciekawa. Żeby się nie zdarzyło, że któremuś nowemu odmówiono by zezwolenia, każdy odchodzący wchodził w spółkę z przychodzącym na kilka miesięcy, by była zachowana ciągłość. Za pierwszych dwóch w części mieszkalnej czynny był również salon fryzjerski, wpierw Barbary Kałuży, a później pani Kwiatkowskiej.

            W 1996 r. „Kłysek” przeprowadził się do swojego nowo wybudowanego domu tuż obok, tam otworzył okazałą ciastkarnię. W 1997 r. przyszła powódź i wszystko wokół zalała i spowodowała wielkie zniszczenia, szczególnie w budynku Slottów, nisko położonym. Po osuszeniu i lekkim wyremontowaniu jakiś czas ktoś tam jeszcze pomieszkiwał.

            Z czasem, ze starości, a i w skutek powodzi dom niebezpiecznie zniszczał i mimo że był w rejestrze zabytków zdecydowano się go skreślić z listy i rozebrać. Stało się to w 2003 r. Została pamięć i kilka fotografii, niestety ani jedna nie obejmuje całej Słotowni z piekarnią.

            Dziś starsi i bardzo starsi mieszkańcy, a i ci w kwiecie wieku wspominają tę piekarnię-cukiernię. Ci pierwsi, pamiętający czasy najodleglejsze przywołują smakowite: śtyrorogate kołołcyki, Berntaze, Ebaki, Makrouny, Śplytry i Hanyskichle, wspominają jak to matka wysyłała ich po kwas na żur, czy wyprawy z domowym ciastem w dziysce (zrobiony z desek pojemnik na zarabianie ciasta chlebowego) do piekarni, gdzie ktoś je poporcjował, wypiekł na chleby, tzw. Hausback. Podobnie było z kołaczami, szczególnie przed odpustem. Pokolenie powojenne ma w pamięci podobne sytuacje, ale też i inne, choćby z okresu omłotów. Opodal piekarni było boisko (jeszcze przed wojną wybudowane na gruncie kościelnym – obecna połać Prowodu), na którym w czasie głębokiego PRL-u młócono zborze. Nieraz wtedy przychodziła ochota na ciastko, a czasami i lody, podobnie było przy okazji około odpustowej. Tam był rumel (wesołe miasteczko), ruch był spory. Dziś z Gesheftu Słotów nic nie zostało, można o nim powspominać tuż obok w podobnym słodkim interesie o znacznie większym wymiarze i ofercie przy ciastku – cukierni Kłyska. Smacznego.

 

                                                                       J. Moczko – Świerklanin