60 lat świerklańskiego kościoła

60 lat świerklańskiego kościoła
 
         Kościół p.w. Niepokalanego Serca NMP w Świerklach to oczywisty, stały i dziś już naturalny element wioski. Na co dzień obecny, jakby stał od zawsze wpisuje się w życie kolejnych świerklańskich pokoleń.
1.jpeg
 
         Jako świątynia z bogatym kalendarzem nabożeństw znany jest (szczególnie z obchodów fatimskich) nawet poza Dekanatem Siołkowickim, do którego należy będąc filią czarnowąskiego kościoła parafialnego.Funkcjonuje jako samodzielne duszpasterstwo, które prowadzi ksiądz rektor Jan Chodura rezydujący w miejscowej plebani. Resztę materii lokacji kościelnej duszpasterstwa stanowi cmentarz, ale rozciągająca się za jego ogrodzeniem „Górka Fatimska” powszechnie postrzegana jest jako przynależna całości. Świerklańska wspólnota żyje swym kościołem i identyfikuje się z nim. Jest dumna z niego i z tego, że ma! swój! kościół.

Dawniej…
Nie zawsze jednak tak było. Zanim sobie świerklanie kościół wybudowali, prawie dwa wieki za swój mieli Kościół Parafialny p.w. św. Norberta w Czarnowąsach i tam swoje życie religijne realizowali.
 
2.jpeg


Nie było to łatwe, zwłaszcza w okresie powstawania wioski (wtedy Colonie Horst) od 1773 r. począwszy. Przez dziesięciolecia świerklańscy koloniści, w zasadzie jednego wyznania, osiadli gdzieś za mokradłami z dala od kościoła, tylko w okresach suchych względnie swobodnie do niego docierali.

3.jpeg

 
Zdarzało się, że w obliczu miesiącami podtopionej przeprawy drogowej zwanej „groblą” zwyczajne pójście na Mszę św. do Czarnowąs stawało się trudną i niebezpieczną wyprawą, a udanie się z konduktem pogrzebowym ze Świerkli na cmentarz przy kościele Św. Anny w ogóle było niemożliwe. W takich sytuacjach świerklańskich zmarłych chowano w Biadaczu.Kolejne pokolenia uporały się z doprowadzeniem „grobli” do stanu solidnej drogi, to i raźniej szło się piechotą i wygodniej jechało za przęgiem. Ciągle jednak do pokonania było 6-7 km, które jesienno-zimową porą zdawały się być podwójnie długie. Świerklanie do tego przywykli, czasami tylko napominając, że „gdzie indziej mają lepiej”.

4.jpeg
 
W końcu XIX wieku nawet z perspektywy półtysięcznej Świerkli było to już wyraźnie widoczne, gdyż budowy od podstaw na fali boomu gospodarczego z wydatną pomocą kasy państwowej kolejnych okazałych kościołów np. w Popielowie, Brynicy, Kup (aż dwa – ewangelicki i katolicki) i rozbudowa istniejących np. Katedry Opolskiej, „której wyciągnięto” dwie strzeliste wieże, to były wielkie wydarzenia inspirujące do inicjatywnej refleksji, także świerklan, którzy wnet doszli do swoich przemyśleń w tej materii. Ich przedstawiciele w radzie parafialnej i towarzystwach – zacni mężowie jak „rechtór” Robert Glombitza, „kacmourz” Adolf Bernhard, kolonista i kowoul Johann Gatzka, Carl Gallus i Johann Koziol, mogli przedstawić te pomysły chociażby przewodniczącemu rady – Komisariuszowi Arcybiskupiemu ks. Mieczyslausowi von Lukowicz, lecz się wstrzymywali, bo akurat trwała rozbudowa szkoły i jakoś nie wypadało. Gdy jednak później powzięli taki zamiar, wybuchła wojna i nawet nie zdążyli go wyartykułować. Kolejne powojenne lata to czasy powstańczo – plebiscytowego zamętu, kryzysu światowego i mozolnej gospodarczej odbudowy, w sumie nie sprzyjające świerklańskim zamiarom.
 
Prośby wysłuchane

         Dopiero w II p. lat 30-tych koniunktura w kraju nabrała impetu. Odżyły, z razu nieśmiało, prawie zapomniane pomysły i doszły uszu ówczesnego proboszcza ks. Henryka Mainki, a świerklańscy przedstawiciele w radzie parafialnej i w ogóle przy kościele (m.in. Jan Gatzka (Lympka), Karol Gallus, Józef Halupczok i Paweł Kozioł) zadbali o to, by poważnie je rozważono.


5.jpeg

       
Ks. Mainka był „za”. Po czasie stwierdził tylko, że świerklanie sami muszą się dogadać w sprawie wyznaczenia miejsca na cmentarz i budowę kaplicy, bo państwowy urząd odmówił odstąpienia na ten cel leżącej pod lasem blisko centrum wioski szkolnej parceli funkcjonującej jako Spielplatz (boisko). Dodał także, że nie ma też co liczyć na pomoc państwową w planowanym przedsięwzięciu, bo ona ma z goła inne priorytety, a „Kościół” w ogóle w małym poważaniu.Wspólnota świerklańska mimo totalitarnej aury żyła względnie dostatnio i stać ją było na obstawaniu przy swoim, chociaż „wróżby” nie gwarantowały już powszechnego spokoju (w świecie drżało już złowrogo i pachniało konfliktem). Tymczasem Adam Pogrzeba zdeklarował się ofiarować potrzebny areał na rzecz planowanego przedsięwzięcia kościelnego, co w praktyce oznaczało zamianę tego gruntu leżącego gdzieś na boku za działkę Franciszka Knosały, którą on jako nadającą się na ten cel zgodził się odstąpić. Porozumienie nie zostało jednak załatwione formalnie w urzędzie, bo trudności rozwijającej się wojny odebrały sens wszelkim takim przedsięwzięciom. Ustalenia jednak uważano za wiążące.

 
         Wiosną 1945 r. pogrzebane gdzieś przypadkowo we wsi ofiary frontowego przełomu z konieczności (dojście do kościoła parafialnego jak i na cmentarz przy św. Annie było utrudnione bo most na Małej Panwi wysadzony w styczniu jeszcze leżał w gruzach, a parafianie w zależności po której stronie rzeki mieszkali, chodzili na Mszę albo do kościoła parafialnego, albo do Gasthausu „u Walka” na Brodach) przeniesiono na tę umowną ziemię kościelną, a ksiądz Mainka przy pierwszym normalnym pogrzebie (marzec – kwiecień) poświęcił ją i tych co w niej spoczęli. Po niespełna roku oswajania się z nową rzeczywistością powojenną i „uszczelnieniu granic” świerklanie skupili się na „swoim podwórku” coraz konkretniej przymierzając się do sprawy budowy „kaplicy”. W efekcie tych budowlanych starań powstało dzieło, które od chwili poświecenia w 1949 r. jako świątynia dziś obchodzi swe 60-lecie.
 
 
Fragment kroniki świerklańskiej opracowanej w rękopisie dotyczący budowy kościoła
„… odrodzonej idei ks. Mainka nie był przeciw, bo wcześniej przecież sam za nią optował. Nie orientował się jednak, że pojęcie „kaplica” w jego rozumowaniu to było coś znacznie skromniejszego od tego co świerklanie sobie wyobrażali. Nikt jednak nie wnikał w szczegóły, w tym swoistym okresie „wybierania kartofli z ogniska”, gdyż kapryśna władza mogła zmienić zdanie (tuż po wojnie przyzwoliła „Kościołowi” korzystać z powojennej materii, aby mógł odbudować swoje zniszczone świątynie np. wyznaczyła miejsca do pobierania cegły z gruzowisk i cementowni, z których mógł pozyskiwać poniemiecki cement np. w cementowni koło Czarnowąs) więc trzeba było się śpieszyć, by jak najszybciej swoje zrobić.
         Generalnie Rada Parafialna z jej przewodniczącym ks. Mainką zajęta była mnogością spraw ogólnie ważnych dla całej wspólnoty. Sprawa świerklańska była jedną z nich, ale dla Jana Gatzki (Lympki) była życiowym zadaniem.
 

6.jpeg

 

Czas na działanie
         W Świerkli sposobiono się do budowy używając już na wyrost terminu „kościół”, a Gatzka z „namaszczeniem” ks. Mainki biegał po urzędach za pozwoleniami na budowę i za kimś, kto opracował by jakiś plan – „cychunek” czy projekt, myśląc już też z pewnością kategoriami „kościół”. Świadom braku przychylności lokalnych władz do takich małoideowych przedsięwzięć pomijał niższe szczeble administracji państwowej i kierował się od razu wyżej wykorzystując przed decydentamiwykreowane wcześniej swoje „polskie” oblicze. Dokładnie wyczuwał jakie nowa władza preferuje wartości. Argumentów mu nie brakowało, dodał trochę dramatu sprawie i udało się. Podobno miał powiedzieć, że przed wojną mimo starań i rozbudzonych wielkich nadziei na budowę cmentarza i kaplicy władza hitlerowska w końcu się kategorycznie temu sprzeciwiła, czym do siebie sobie świerklan do końca zniechęciła i gdy tylko w 1945 r. została przegoniona oni zaczęli zbierać materiały, bo oczywistym dla nich było że nowa władza jest inna, przecież „Polska” to kiedyś była przede wszystkim w kościele.
 
         Było już lato 1946 r. Świerklanie inspirowani bardziej siłą determinacji niż racjonalną pragmatyką już by się brali za budowę. Okoliczności przemawiały za nimi, więc ks. Mainka wystąpił do Kurii Ordynariatu Śląska Opolskiego o przydział cementu na budowę kaplicy w Świerklach, choć jeszcze nie było decyzji samej Rady Parafialnej, która z wyjątkiem świerklańskich członków sądziła że świerklanie dostaną cement i będą się „grzebać” z robotami, więc jest jeszcze na to czas, a być może w ogóle im odejdzie chęć. Tymczasem zwiezione już było kruszywo (żwir i kamienie) wcześniej składane niby na płot cmentarza i gdy tylko świerklanom otwarto drogę do cementu „wielkie budowanie” się zaczęło. Była już gotowa dokumentacja, którą wykonał życzliwy świerklańskiemu przedsięwzięciu Tomasz Buhl – architekt z Luboszyc wraz z bratankiem Alojzym. Opracował ją w tempie iście błyskawicznym doceniając zaangażowanie mieszkańców sąsiedniej wioski. Znaczące było z pewnością „5 groszy poparcia” brata Alojzego ks. Franciszka Buhla, późniejszego proboszcza w Fałkowicach.
 
         Pierwszą łopatę przy kopaniu fundamentów wbił osobiście ks. Mainka, po nim Franciszek Gnitka i kolejno inni świerklanie. Z kolei z pierwszego cementu, który podobno przywiozła krowim zaprzęgiem Anna Panic, rozpoczęto betonowanie fundamentów. Było już nieco chłodnawo, więc gdy tylko je wylano okryto je przed mrozami i zaczęto radzić co dalej. Wiosną, gdy śniegi stopniały plan był już gotowy, przede wszystkim zdecydowano że na miejscu będzie pracować stała grupa która będzie opłacana, a reszta wioski będzie dochodzić w miarę potrzeb do pomocy. Na takie rozwiązanie potrzebne były środki finansowe, które trzeba było zebrać przede wszystkim od świerklan. Jedni więc jeździli (3 razy w tygodniu) zmiatać, zgrzebywać i skuwać cement, co przebiegało dość sprawnie, bo przy zagospodarowywaniu cementowni zatrudnieni byli również świerklanie, drudzy pozyskiwali cegłę z powojennych ruin, jeszcze inni sposobili się do zbiórek. W międzyczasie na placu budowy na bieżąco formowano bloczki cementowe tak, że żaden kilogram cementu się nie zmarnował.
         We wsi wykształcił się swoisty ruch budowy, któremu przewodzili bliżsi kościołowi mężowie zaufania. Oni zdecydowali o przeprowadzeniu pierwszych zbiórek, które miały miejsce na przełomie marca i kwietnia i w sumie przyniosły 8520 zł za sprawą 78-ciu ofiarodawców. Po wsi kwestowali: Jan Niedworok („od Panitza do Baruna”), Karol Wicher („od Kobiynie do sioseje”) i Józef Moczko („od Pasunia do sioseje”). Pieniądze te nie były imponujące i o wiele za małe, by dynamicznie prowadzić budowę, tym bardziej, że determinacja świerklan rosła jakby na przekór ogólnej sytuacji społeczno – politycznej. Ludzie nie mieli pieniędzy, ale kto mógł śpieszył z pomocą fizyczną. Trzeba było obsłużyć rosnący front robót, wymurować zapas wyrobionego materiału budowlanego i zacząć starania o drewno na więźbę dachową.
 
7.jpeg
 
Postępy robót znacznie wyprzedzały myślenie Rady Parafialnej, która oficjalnie jeszcze się nie wypowiedziała co do budowy, była jeszcze pełna obaw, że świerklanie w którymś momencie sobie nie poradzą a odpowiedzialność może spaść na nią. Sama borykała się z niedoborem środków na odbudowę zniszczeń kościoła parafialnego, więc wg niej najlepiej gdyby świerklanie spokojnie przygotowali sobie całość materiałów i zapewnili sobie bezpieczny zapas środków finansowych a później bez przeszkód wspólnie podjęło by się budowę. Z taką opcją nikt się jednak w Świerkli nie zgodził.
         Ciągle nie było wiadomo co się buduje, kaplicę czy kościół, a na dodatek wyszło na jaw, że to co już zrobiono wskazuje na to, że będzie to coś większego, niż to co było w dokumentacji. Na pytanie Lympki co się dzieje? – podobno Paweł Bednorz – „kierownik robót” i Anton Gallus – „nadzorca” z ramienia ks. Mainki – odpowiedzieli, że wiedzą co robią i że jest dobrze.
         By utrzymać tempo rozpoczętych wczesną wiosną robót murarskich trzeba było w jakiś sposób zadbać o kolejne finanse. Sytuację uratować mogły tylko zbiórki po okolicznych parafiach. Na takowe trzeba było otrzymać stosowne zezwolenie Starosty Opolskiego i akceptację poszczególnych Urzędów Parafialnych. Z kolei oficjalnie o takie zezwolenie mógł się starać formalnie ukonstytuowany jakiś Komitet Budowy. Utworzono więc czym prędzej taki.
         Stosowne decyzje w sprawie podjęła również Rada Parafialna w Czarnowąsach, która na posiedzeniu 01.04.1947 r. w składzie: ks. Henryk Mainka, Michał Rożek, Józef Słota, Jan Gatzka i Piotr Moczko, ustaliła co następuje: Rada w sprawie budowy kaplicy w Świerkli ustosunkowuje się z przychylnością, jednak z doraźną pomocą przyjść nie może z powodu przygotowań do odnowienia kościoła parafialnego.
Sytuacja stała się więc jasna – świerklanie musieli sobie radzić sami, co nie oznaczało że cała wspólnota parafialna też tak myślała, wręcz przeciwnie– postrzegała świerklańskie przedsięwzięcie jako wspólne. Co do stanowiska Rady Parafialnej - było ono zrozumiałe z racji problemów jakie przed nią stały.
Powstały zaś Komitet Budowy „Kaplicy” (kościoła) z przewodniczącym ks. Henrykiem Mainką i Janem Gatzką liderem grona mężów zaufania (Anton Gallus, Rozalia Gallus, Paweł Bednorz, Andrzej (Jędrzej) Klemens, Józef Moczko, Paweł Kozioł i Józef Pogrzeba) którzy z pewnością znaleźli się w jej składzie wystąpili o zezwolenie na przeprowadzenie zbiórek do Starosty Opolskiego. Oficjalne pismo wystawił ks. Mainka a w staraniach znów zadziałały argumenty Lympki.
 
W samej Świerkli zbiórki przeprowadzano co rusz, a poza nią w każdej wiosce okolicznych parafii. Te świerklańskie w nagłówkach stosownego pisma miały wpisane „Kościół” a te pozostałe „Kościółek”. Przez pewien czas tak to funkcjonowało. Kościółek jako swoiste słowo – wytrych pojednawczy, które póki co zadawalało wszystkich. Wyczuwało się jednak, że nie wszyscy jednakowo je rozumieją, ale była to sprawa drugorzędna, jeszcze nie wpływająca na właściwe budowanie.
Wiadomo było powszechnie, że ks. Mainka i Jan Gatzka wspólnie dzierżą ster budowy zmierzając do celu jakby trochę innego na tym samym horyzoncie i nieco odmiennie sobie go wyobrażając.
Dopiero później używano powszechniej terminu „Kościół’. Komitet też już się nazywał Komitetem Budowy Kościoła i póki co ks. Mainka niby formalnie to akceptował (świadczą o tym podpisy na kartach zbiórek przeprowadzanych od początku lipca 1947 r.), ale dwuznaczność ciągle jeszcze istniała.
Przykładowy tytuł pisma:
                                               „Ofiara”
Na kościółek Niepokalanego Serca NMP we Świerkli
8.jpeg
 
Zbiórka zezwolona od Starostwa w Opolu, upoważnienie od Komitetu Budowy Kościoła, za ofiarę serdeczne Bóg zapłać.
(pod tym podpisy: za Komitet  - ks. Henryk Mainka – proboszcz i Jan Gatzka; z boku akceptacja każdorazowego księdza proboszcza).
 
Gdy później miał miejsce incydent z tzw. „trzecim schodkiem” za Komitet podpisywał już tylko Jan Gatzka.
Tymczasem zbiórki przyniosły nadzwyczajne efekty (15 lipca 1947 r. Jadwiga Gatzka odnotowała na bieżącej rozpisce stan konta wynoszący 66706 zł, a było już po pierwszych wypłatach.
 
Pierwszy etap budowy
Mury świątyni wysoko wyrosły, a ks. Mainka 24 czerwca na świerklańskiej Mszy św. ku czci św. Jana Chrzciciela poświecił kamień węgielny i czyniono już przygotowania do jego uroczystego wmurowania planowanego na 22 sierpnia 1947 r. Brygady budowlane docierały do poziomu „glajchy”, a pozostali głównie kobiety, przystrajały stosownie plac budowy i przygotowywały część artystyczną. Tym zajęły się świerklanki: Rozalia Gallus, Maria Gallus, Franciszka Knosała, Elżbieta Rippel, wespół z siostrami: Jadwigą, Marią i Antoniną Świerc z Czarnowąs, które jako obeznane z niuansami kościelnych ceremonii kierowały całością (w kościele parafialnym w Czarnowąsach wielce się zasłużyły swym zaangażowaniem w tej materii, czuły celebrę i wiedziały jak ją ubogacić).
Nadszedł moment wmurowania kamienia węgielnego. Tego dnia lało od rana, ale atmosfera była tak podniosła, że nie stanowiło to większej przeszkody, przed samą ceremonią deszcz trochę ustał. Gdy na miejscu zjawił się ks. Lysik – wikary (następca księdza Tenzlera – wikarego okresu przejścia z państwowości niemieckiej do polskiej, bardzo lubianego szczególnie przez młodzież, w tym także ze Świerkli) pomagający ks. Maince, przewidywany na opiekuna świerklańskiej wspólnoty oraz ksiądz radca Teofil Plotnik – Dziekan Dekanatu Siołkowickiego, przywitał ich poczet przedstawicielski Komitetu Budowy i szpaler świerklańskich dziewcząt. Po wstępnej modlitwie ks. Lysik wszedł po drabinie na wymoszczone deskami rusztowanie i stanął na wysokości przyszłego chóru za plecami mając kontur wieży kościelnej. Podobno nim przystąpił do kazania miał powiedzieć, że nawet nie jest tak wysoko ubezpieczony jak wysoko przyszło mu tym razem się wspiąć.
Z tej wysokości wygłosił Słowo Boże do zgromadzonych pod gołym niebem, ale „wewnątrz kościoła”. Był to jedyny przypadek kiedy to wierni słuchając duszpasterza nie byli zwróceni w stronę prezbiterium, później sytuacja się zmieniła – ks. Lysik zszedł, by asystować księdzu radcy Plotnikowi przy wmurowaniu kamienia węgielnego. W głębi kościoła czekał już Józef Pogrzeba i paru innych budowniczych, nabrał na kielnię zaprawy, podał ks. Plotnikowi, ten nałożył zaprawy na kamień ile trzeba i wmurował gdzieś na wysokości 1 metra w tylną ścianę prezbiterium.
Ludziska się tłoczyli, każdy chciał być jak najbliżej tej „historycznej chwili”, szczególnie świerklanie, których duma rozpierała ze swego dzieła, zmieniającego status wioski na mającą swój kościół na wieki. Goście przybyli z innych wiosek, byli także ciekawi budowy na którą nie szczędzili grosza w czasie zbiórek pieniężnych.
Równie miła była część artystyczna w wykonaniu miejscowych dzieci i młodzieży, utrzymana w konwencji uroczych i uciesznych krotochwil. Szczególnie ubawił wszystkich występ dziewczynek, m.in. Margity Spindler recytującej wierszyk, którego treść w pewnym momencie odnosiła się do tych co codziennie krzątali się przy stawianiu murów (byle jak ubrani i obuci, najczęściej w tzw. „klumpy”, obszarpani budowlaną surowością i ciężką pracą, co zauważyły siostry Świercówny, autorki tej rymowanki), co było bardzo ujmujące. Do dziś pamięta się jeszcze niektóre wersy np.:
„ja jestem ubogi starego Pawła syn
mam takie buciska an,
co pełno dziurów dran,
ja jestem ubogi starego Pawła syn”.
         Po południu świerklanie dalej świętowali na boisku do późnego wieczora. Ten „fest” z karuzelami i budami bardziej podobny do odpustowego „rumla” został także w pamięci świerklan do dziś.
         Podładowami tym niewątpliwym sukcesem świerklanie już od następnego dnia kontynuowali roboty na budowie i zbiórki.
 
Budowniczowie i dobrodzieje
Do stałej grupy opłacanej którą kierował Paweł Bednorz na miejscu zwany „Polier” (zastępca budowniczego lub majster) należeli: Gallus Franciszek, Gallus Józef, Gallus Ludwik, Gallus Piotr, Klemens Andrzej („Jendrzej”), Kondziela Maria, Maciej Roch, Pierzina Roch, Sowa Karol (Kobusek), Sowa Walenty (Walek), Sowada Wojciech, Urban Józef i prawdopodobnie Golombek Rudolf.]
Z kolei zbiórki nieprzerwanie kontynuowali: Bednorz Karol, Gatzka Jan, Gallus Maria, Gallus Rozalia, Jendyca Karol, Kałuża Michał, Knopp Franciszek, Knopp Gertruda, Knosała Franciszek, Knosała Józef, Knosała Klara, Knosała Maria, Moczko Józef, Niedworok Jan, Passon Rozalia, Rippel Elżbieta, Rippel Maria, Urban Maria i Wicher Karol, w każdej wiosce okolicznych parafii za przyzwoleniem ich proboszczów (Czarnowąsy – ks. Henryk Mainka, Siołkowice – ks. radca Teofil Plotnik, Łubniany – ks. Franciszek Choroba, Dobrzeń Wielki – ks. Antoni Duczek, Gosławice – ks. Alojzy Ploszczyk, Kup – ks. Alfons Drzizga, Brynica – ks. Józef Kopietz). Sami proboszczowie dawali przykład znaczących ofiar. Wśród darczyńców były również siostry klasztorne, a nawet Spółdzielnia Samopomocy Chłopskiej z Siołkowic. Spośród indywidualnych dobrodziejów szczególnie się zasłużyli: Walenty Niedworok, Paweł Gnitka, Jan Firlus, Jan Kondziela, Szczepan Jany, Paweł Roj, Andrzej Breitkopf i wielu innych z okolicznych wiosek.
Wpływy ze zbiórek były gwarantem postępu prac i zakupów kolejnych materiałów. Jedną z nich przeznaczoną na zakup drewna na strop i dach przeprowadził osobiście Jan Gatzka. Z kolei Diecezjalny Związek Opieki „Caritasu” Śląska Opolskiego, widząc wyjątkowość świerklańskiego przedsięwzięcia w owych czasach, wyraźnie dostrzeganego już szerzej, zezwolił firmować swoim znakiem świerklańską zbiórkę w dniu 5 października 1947 r. w ramach akcji Ratujmy Człowieka. Prowadziły ją Gallus Rozalia i Rippel Maria. Szczególną zbiórką natomiast była „Zbiórka na okna” - świerklańskich kobiet, zdeterminowanych ofiarować coś od siebie, czasem była to zwykła deska nadająca się stolarsko. Taka prosta zwykłą ofiara to nie było nic wstydliwego w tamtych trudnych społeczno gospodarczych czasach.
 
                                                                  c.d.n.
 
     J. Moczko - świerklanin