60 lat świerklańskiego kościoła c.d.

1.jpeg


O drewno (drzewo) budowlane trzeba było się starać w Ministerstwie Leśnictwa. Przydział zrealizowano w kupskim rewirze, a ścinką zajęli się: Wincenty Knopp i Franciszek Knosała (ojciec Franciszki -Francki). Całość zwieziono do tartaku „Kobieni”, wtedy już upaństwowionego, gdzie dzięki przychylności  ówczesnego kierownika Stanisława Rutkowskiego, pracujący tam świerklanie w tym głównie fachmani: Ignacy (Ignac) Gatzka, Franciszek Kaczmarek, Bretel przetarli je. Mniej więcej w tym samym czasie „produkowano” dachówkę cementową. Karol Komor na wypożyczonej maszynie robił ją kiedy tylko mógł u Urbana w stodole. Drobny piasek nadający się do tego dowoził ze swojej parceli Antoni Gallus mieszkający naprzeciwko. Pomagali przy „skorzupie” synowie Karola, kobiety, starsi chłopcy i dziewczęta (zaprawa musiała być dobrze wymieszana, sprowadzono więc od Mrugały z Czarnowąs betoniarkę - na owe czasy całkiem coś nowego, miała ona kształt podłużnego bębna, w którym elementem mieszającym był specjalny ślimak, jakiś czas była też na budowie kościoła).

         Kto mógł w jakiś sposób pomóc czynił to, tak że front robót mógł być prowadzony szeroko. Gdy kończono dach i wieżę, na której specjalna ekipa zamontowała żelazny krzyż - profesjonalne dzieło Lympki, autentycznego kowala, niemal artystycznego, a takiego który w Świerkli kuźnię miał i w niej żelazo kuł (podobno wykuł go z dwóch osi wozu konnego tzw. „zielaźniouka”) trwały również intensywne prace przy ogradzaniu cmentarza. Pracowali tam już od jakiegoś czasu Maks Bednorz, Leon Bednorz, Franciszek (Franc) Komor. Do nich dochodzili czasem inni z budowy. Z kolei gdy trzeba było więcej ludzi „na kościele” to oni wracali. Nad bramą z daleka widoczny był napis „Błogosławieni, którzy zasnęli w Panu”. Wykonał go wraz z całą tablicą Paweł Joszko.

         Podobno postanowiono już wtedy, że w przyszłości (bliżej nieokreślonej) ogrodzenie od frontu rozbuduje się na podobieństwo ogrodzenia cmentarza parafialnego w Czarnowąsach, może wtedy gdy przyjdzie czas budowania kostnicy.
              Tymczasem jesień przypomniała, że czas najwyższy kończyć prace na dworze. Nastąpiła znów maksymalna koncentracja, nawet starsze klasy (roczniki 1933, 1934, 1935) za przyzwoleniem kierownika szkoły pomagały i  kościółek przed zimą był pod dachem. Spadł śnieg. Budowla była w tzw. stanie surowym i powszechne było przekonanie, że bez większych trudności do wyznaczonego terminu w sierpniu będzie budowla gotowa.

Kaplica czy kościół?

         W dalszym ciągu utrzymywała się jakaś doza dwuznaczności co do rangi powstającej świątyni. Problem stawał coraz częściej na budowlanej wokandzie, bo od ustalonej opcji zależało rozwiązanie architektoniczne jej wnętrza, a tym się musiała zająć ekipa budowlana wczesną wiosną 1948 r.

         Ksiądz Henryk Mainka przestrzegał żeby trzymać się wcześniejszych ustaleń, żeby kierować się skromnością w wykształcaniu wnętrza. Domagał się także, by ołtarz był wybudowany z nowej cegły. Miał po swojej stronie grupę świerklan.

Z kolei Jan Gatzka postrzegany jako lider większości miał nieco inną wizję i nie rozumiała swego proboszcza, którego notabene bardzo szanował, podobnie zresztą jak i cała wspólnota. Bolało go, że musi się czasem z nim nie zgodzić. Przekonany do swych racji, których zasadniczą motywacją była perspektywiczna przyszłość tego co się budowało. Obstawał przy swoim nie epatując demonstracyjnie swego stanowiska.

Sprawa nie była jednak taka prosta, ks. Henryk Mainka prawy duszpasterz przez całe swoje życie przestrzegający kanonów prawa i zasad, przyzwyczajony każdą sprawę skrupulatnie rozważać i zgodnie z procedurami rozwiązywać, nie czuł się dobrze ze świadomością, że budowa świerklańskiej kaplicy, o której wszędzie się mówiło i która coraz wyraźniej była widoczna, tak znacząco wyszła poza granicę inwestycyjnej  poprawności.

2.jpeg

Wszem i wobec zachwalana inicjatywa miała od początku dotyczyć kaplicy a budowano kościół na nie uregulowanym własnościowo gruncie i na dodatek niezgodnie z dokumentacją. Obawiał się, że w każdej chwili budowa mogła być przez władze zatrzymana a odpowiedzialność spadła by na niego.

Życzył świerklanom jak najlepiej, ale był przekonany, że musi ich powstrzymywać, bo według niego nie za bardzo zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Takiego zdania wtedy był również jego stronnik Antoni Gallus, który też należał do tej samej grupy mężów zaufania co Lympka i dość stanowczo swoje stanowisko wyraził gdy doszło do konfliktu o tzw. „trzeci schodek” przy prezbiterium. Było to krótko po tym jak ks. Mainka budujących zapytał czy rozumieją znacznie tych schodków, to tak jakby do ołtarza prowadziły trzy stopnie świętości: pierwszy stopień – Bóg Ojciec, drugi – Syn Boży, trzeci – Duch Święty, co przystoi raczej kościołowi a nie kaplicy.

Ambicje i robota

 Wszystkim chodziło o to, by wyszło jak najlepiej i by jak najszybciej budowę ukończyć. Tymczasem rozdrażnieni i trochę poróżnieni świerklanie wzajem sobie utrudniali, w sumie hamując budowę i zniechęcając się do niej w momencie gdy należało się cieszyć rychłym osiągnięciem celu.

„Ktoś” skuł trzeci schodek przed prezbiterium, później znów „ktoś” tak samo potraktował występ niszy na zewnętrznej stronie wieży, gdzie zamierzano ulokować figurę Matki Boskiej. Urażony tym głupim i niweczącym wysiłek budującej ekipy czynem, majster Paweł Bednorz na budowę przestał przychodzić. Wogóle wielu było oburzonych marnotrawstwem materiałów z tak wielkim trudem zdobytych.

Nastąpił kryzys. Robota jeszcze była kontynuowana, ale to już nie była ta radosna determinacja. Odbiło się to na postępach prac i wpływach ze zbiórek a w sierpniu  miało być poświęcenie, tyle że dalej niewiadomo było czego: czy kościoła czy kaplicy? Niektórym było już obojętnie, byle by się odbyło w terminie, nawet gdyby świątynia nie byłą ukończona.

3.jpeg

Świerklanie nie pierwszy raz zwrócili się więc do księdza radcy Teofila Plotnika – dziekana dekanatu siołkowickiego – o rozwiązanie problemu. Tam wtedy gospodynią na farze była siostra synowej Lympki Gertruda Słowik, co z pewnością miało wpływ na wysłuchanie ich racji. Ksiądz Teofil Plotnik wiele mógł, bo jego słowo liczyło się w diecezji, ale sprawa była dość delikatna i wiedział, że co by nie postanowił nie wszyscy będą zadowoleni.

Tymczasem za sprawą Rocha Rippla „elektryka” była już gotowa. Wykonał ją pod „patronatem” Brunona Przilasa – „priwaciourza” z Dobrzenia Małego, który jako taki utrzymał się w tym trudnym czasie i mógł taką inwestycję w „OSO” zgłosić. Można było już kończyć tynkowanie.

Lympka sam też się wziął ostro do roboty w samym kościele. Zrobił specjalne formy wg których wykonano zwieńczenia (kapitele) filarów przyściennych (pilastrów) i zabrał się do artystycznego malowania, głównie sceny biblijnej na ołtarzowej ścianie w prezbiterium. Jedno i drugie według niego najlepsze zanegował ks. Mainka, gdy kolejny raz doglądał robót. Po prostu nie zaakceptował tych „dzieł” jako kompletnie nie pasujące do prostoty całości. Wg ks. Mainki przede wszystkim nie zachowano wymogu powszechnie obowiązującego, aby kościelne malowidła, rzeźby itd. były autorstwa rzemieślników artystycznych, cieszących się uznaniem i mających referencje np., konserwatora zabytków. Lympka po prostu nie był tego świadom. Chciał dobrze, wyszło inaczej.

Nawet jakby te elementy wykonać śpiesznie od nowa i przyłożyć się jeszcze bardziej do innych prac, kościół i tak nie byłby w wymaganym normalnie stopniu gotowy do 22 sierpnia. Wobec tego ks. Mainka odłożył poświęcenie kościoła, jak się później okazało o cały rok. Nie było to po myśli świerklan, ale tym sposobem można było przemyśleć sytuacje a hierarchowie kościelni mieli czas na podjecie decyzji co do rangi tej budowli.

Kryzys i przesilenie

Tymczasem budowa opustoszała i zdawało się, że nie prędko się to zmieni, bo mijały kolejne tygodnie, a w miejscu do niedawna pełnego krzątających się ludzi było cicho i smutno.

Spora część mieszkańców z czasem doszła do wniosku, że przecież tak naprawdę już dokonali wielkiego dzieła i obstawanie przy jakichś doraźnych racjach na tym etapie jest całkowitą niedorzecznością i niedowierzała najnowszym pogłoskom, że są jakieś „gorące głowy” w ekipie budującej świątynię na poważnie zbierające podpisy pod petycją o przeniesienie do innej parafii, co niektórzy sądzili, że taką niby manifestacją chciano skłonić ks. Mainkę czy może nawet ks. dziekana Plotnika do przyśpieszenia poświecenia kościoła.

Wieść o świerklańskim zgrzycie rozeszła się po okolicy i przy nieskrywanej niechęci ludowej władzy do kościoła od razu wzbudziła zainteresowanie gminnej komórki partyjnej, której sekretarz miał podobno powiedzieć: skoro budowla sakralna postawiona społecznie z dużą pomocą ludowego państwa rodzi niezgodę to można ją z pożytkiem dla wszystkich wykorzystać jako magazyn. Taki czarny scenariusz zelektryzował wszystkich , którzy kościół  budowali niezależnie jakiej byli opcji. Trzeba było czym prędzej ten amok niezgody przerwać. Zaczęło się znów gorączkowe bieganie do „kurii” jak i do księdza dziekana Teofila Plotnika.

Na pojednawcze spotkanie do Świerkli przybył ks. prałat Kominek (podobno przyjechał rowerem, czym szczególnie sobie zjednał mieszkańców). Swojego porozumienia szukał również ks. Mainka. Nie chciał się specjalnie narzucać, zaapelował tylko, by szanownego gościa posłuchać. Podobno rozważano nawet poświęcenie z ważnością na jeden rok. W tym czasie miał się  wyklarować status świątyni. W każdym razie oczywistym dla wszystkich było że stan zawieszenia jest zagrożeniem dla „kościoła” wspólnie przecież budowanego dla siebie kosztem wielu wyrzeczeń. To zagrożenie do pewnego stopnia znów zintegrowało świerklan przy budowie. Odtąd właściwie wszystkim zależało na rychłym jej ukończeniu.

24 października 1948 r. Rada Parafialna w składzie: ks. Henryk Mainka – przewodniczący i członkowie: Józef Slota, Jan Gatzka, Piechurski, Moczko, Firlus, wybrała spośród swego grona dwuosobową komisję „na dokończenie kościoła w Świerkli, w której znalazł się Józef Slota z Czarnowąs i Jan Gatzka ze Świerkli.

Na tym samym posiedzeniu przyjęto projekt obrazu ołtarzowego autorstwa Lempika i przyznano na jego wykonanie sumę 20 tys. zł. Ustalono również ze całość kosztów malowania kościoła zostanie pokryta z istniejącego funduszu budowy, dalszych danin parafian ze Świerkli oraz pożyczki z Kasy Różańcowej jako pożyczki na rzecz tychże parafian. Póki co względem świerklańskiej budowy nie planowano nic więcej . Następne decyzje miały zależeć od rozwoju sytuacji na początku 1949 r.

Dzieło Lympki zastąpiło malowidło Lempika, a niepasujące ozdobniki zlikwidowano. Trzeciego stopnia do prezbiterium nie odbudowano , tak samo niszy na zewnątrz kościoła.

4.jpeg

Kościół wymalowany przez Teofila Lempika z Wróblina i Szymona Stefana z Dobrzenia Małego – malarzy rzemieślników artystycznych mających stosowne upoważnienie od konserwatora zabytków, zezwalające im również na renowację rzeźb i wyposażenia kościelnego – prezentował się wspaniale. Wizualnie budowla nabrała wyrazu świątyni większego aniżeli kaplicy. Szczególnie pięknie wyglądał obraz Najświętszej Marii Panny z promieniującym sercem – patronki kościoła, jako oprawa ołtarza i zarazem jego integralna część, widoczny w głębi prezbiterium w ramie łukowatego przejścia z nawy opatrzonego później u góry napisem PER MARIAM AD JESUM.

Jednak by kościół był wyszykowany do poświęcenia sporo jeszcze brakowało, głównie wyposażenia. Wiadomo już było, że nie na wszystko starczy finansów, więc skupiono się na niezbędnych rzeczach. Czas naglił. Znów świerklańscy rzemieślnicy zakasali rękawy. Wykazali się także dobrodzieje z całej parafii czarnowąskiej.

Któregoś dnia w maju 1949 r. odezwał się dzwon na wieży kościelnej. Świerklanie podnieśli głowy instynktownie wyczuwając jakieś klarowniejsze brzmienie jego głosu. Dotąd słyszeli go trochę z innej strony.  Był trochę cichszy, a teraz bicie snuło się daleko jakby niosło radosną wieść o zbliżaniu się nowego rozdziału świerklańskiego kościoła. Chwila to była szczególna, tak samo jak szczególny był dzień 4 maja, kiedy to ta sama ekipa, która dzwon w kościele powiesiła, tego dnia do południa z kaplicy go zdjęła. Odtąd regularnie codziennie Marta i Franciszka Knosała dzwoniły w kościele za każdym razem uświadamiając jakby świerklanom o zbliżającej się wielkiej chwili.

W tym gorącym - dosłownie i w przenośni – okresie (lipiec 1949 r.) zorganizowano jeszcze ostatnią zbiórkę w ramach zezwolenia Starosty Opolskiego po okolicznych wioskach. Składki były różne, w większości dość spore. Kilku darczyńców wpłaciło od 1000 do 2000 zł np.: ks. Duczek, ks. Wyrwał, ks. radca Plotnik, Gertruda Haft, Thomas Bieniek, Józef Niedworok, Paweł Niedworok, Walenty Niedworok, Paweł Glatki, Jan Firlus, Jan Kondziela, Szczepan Jany, Andrzej Breitkopf i Paweł Roj. Prawdopodobnie z części tego funduszu spłacono w jakimś procencie pożyczkę zaciągniętą w niespełna rok wcześniej z Parafialnej Kasy Różańcowej.

Organizowało się też już grono osób podejmujące sprawę artystycznej oprawy i wystroju ceremonii. Kościół trzeba było „ustroić” wewnątrz i z zewnątrz, zorganizować szaty dla celebrantów, przygotować program występów itd. Te elementy, które można było wykonać własnymi siłami świerklanie zrobili sami, np. zielone girlandy, ukwiecone wianki, ozdoby, słupy do szpalerów, wstążki, szarfy itp.,  ale opracowaniem układu słowno muzycznego i przygotowaniem samych występów do jego prezentacji zajęły się znów siostry Monika, Jadwiga i Antonina Świerc z Czarnowąs. To one w sumie i pomagające im świerklanki Maria i Teresa Gallus, Rozalia Gallus, Franciszka Knosała, przygotowały wszystko to co później podczas poświęcenia obecna rzesza ludzi mógł zobaczyć i usłyszeć.

Krótko przed uroczystością ściągnięto do kościoła ze świerklańskich kapliczek figury i chorągwie, które „od zawsze” służyły w procesjach, a na dzień przed – sprowadzono fisharmonię pożyczona od ks. Henryka Mainki.

Poświęcenie i …..

22 sierpnia 1949 r. wreszcie nadszedł. Kościół zapraszał do siebie swym obliczem i wybiegającą prawie aż do samej drogi kolumnadą strzelistych słupów, na których majestatycznie rozciągał się zielony sznur girland. Czekał na swych wiernych i swoje błogosławieństwo, choć jeszcze bez ław, ołtarzy bocznych, obrazów i innych atrybutów, ale świeży, czysty i promieniujący skromną urodą. Przy wejściu stała fisharmonia.

5.jpeg

Przed kościołem zebrał się tłum wiernych ze Świerkli i okolicy. W którymś momencie rozstąpił się na linii kościół - szosa, wzdłuż której na biało ubrane świerklańskie „Marianki” utworzyły szpaler.

6.jpeg

„Kolasy zajechały”, przed  kościołem stanęli ks. radca Teofil Plotnik – dziekan dekanatu siołkowickiego i ks. proboszcz Henryk Mainka, który wespół z stojącymi przed nim świerklańskimi parafianami budował. Przywitała ich rezolutna dziewczynka Maria Gallus (córka Klary). Chwila to była niezwykła. Cisza zapanowała jak makiem zasiał i nie tylko ci co blisko stali  słyszeli co mówiła, ale niewielu z tych z dalszych szeregów zobaczyło sporą łzę spływającą wyraźną struszką po policzku ks. Mainki (dlaczego była tak dramatycznie obfita? – świerklanie dowiedzieli się dopiero na popołudniowych nieszporach). Obstąpieni białym orszakiem ks. Teofil Plotnik i ks. Henryk Mainka ruszyli do przodu. Dołączyli księża z innych parafii, ministranci a za nimi zamykając pochód jak ekler podążyli zgromadzeni wierni.

Ks. Mainka posuwając się w procesji wedle murów kościoła „kropił” (święcił) jego ściany. Dalsze szeregi także postępowały z wolna opasając kościół wokół, ze śpiewem i orkiestrą, a nad głowami chorągwie i figury sunęły majestatycznie wraz z tłumem. Ks. Mainka i jego zacny poczet był już w kościele świecąc ponad głowami jego wnętrze a koniec procesji dopiero zaczynał swoją drogę mijając tych już wchodzących do kościoła.

7.jpeg

Msza św. trwała. Pierwsza w dopiero co poświęconym kościele czyli uprawnionym już do odprawiania nabożeństw. Ks. Mainka wygłosił płomienne kazanie, jakiego jeszcze świerklanie nie słyszeli. Znów śpiew i orkiestra, aż huczało, a w chwilach spokojnej celebry delikatniejsze tony z fisharmonii.

Msza św. się skończyła, ale ludziska nie od razu się rozchodzili. Każdy chciał pobyć jeszcze trochę by pooglądać i „obgadać” kościół i w ogóle całe wydarzenie. Długo pozostali także księża i sam ksiądz proboszcz. Gdy później został już tylko z grupą budowniczych kościoła i paroma muzykantami („Śtulpy”) zwrócił się do Lympki z propozycją by się przejść trochę po wsi np. by zobaczyć gdzie mieszka sołtys. Tak się też stało. Przy melodii „Pod twój płaszcz się uciekamy” ruszyli naprzód. Gdy byli już  koło sołtysa Jendrycy („Śtulpy”) ks. Mainka powiedział: „A to przejdziemy się trochę dalej”. Wtedy Lympka się zorientował, że to do niego proboszcz chce iść (Lympka mieszkał parę kroków dalej). A w domu nic nie przygotowane, by go ugościć – pomyślał sobie. Ale księdzu Maince nie o takie prozaiczne sprawy w tym momencie chodziło. Jak później sam Lympka opowiadał, miała miejsce wtedy niesamowita rozmowa w cztery oczy, pełna refleksji i rozpamiętywania nad bardzo wielkim dziełem, jakie wspólnie wybudowali w tych bardzo trudnych czasach, nieraz nawet mocno skonfliktowani. Na końcu wspólnie się przepraszając nawet się popłakali.

Tego dnia wszyscy obecni na nabożeństwie byli wzruszeni. Wszystko działo się praktycznie po raz pierwszy. Msza św. w Świerkli była po raz pierwszy odprawiana, sam dzień poświecenia był pierwszym dniem rozpoczynającego się porządku obchodzonych corocznie odpustów, debiutowali pierwsi przedstawiciele służby liturgicznej, w tym ministranci Paweł Kałuża i Arnold Moczko ze Świerkli, służący przy poświęceniu w grupie z czarnowąskimi ministrantami (obaj wcześniej uczyli się tej służby w kościele parafialnym pod okiem przełożonego – „obra” Kurpierza). Nieśmiało zaczęto obmyślać pierwszy skład rady kościelnej i typować funkcyjnych.

(popołudniu po kilku godzinach funkcjonowania jako filia kościoła czarnowąskiego, świerklańska świątynia wraz z całą wspólnotą znalazła się w parafii brynickiej, a ich proboszczem automatycznie został został ks. Józef Kopietz. Na popołudniowych nieszporach kościół znów był pełny. Tym razem więcej ludzi przyniosło swoje ławeczki krzesła, które już w kościele zostawili. Pod koniec ks. Mainka trochę jakby się wahając powiedział: „ks. dziekan Teofil Plotnik na prośbę mieszkańców Świerkli zdecydował, że z dniem dzisiejszym, z tą chwilą świerklańska wspólnot wraz ze swym kościołem zostaje odłączona od parafii czarnowąskiej i przyłączona do parafii brynickiej.

W kościele zapadła cisza, część świerklan spuściła głowę, ks. Mainka zresztą też, za chwilę dodał podnosząc wzrok: „trudno, nie chce mnie, niech tak się stanie, ważne byście w modlitwie nie ustawali na chwałę Boga i waszego filialnego kościółka”. Tymczasem oznak zadowolenie wśród zebranych trudno było się doszukać, wręcz przeciwnie, dominowało zażenowanie, smutek i zaskoczenie. Co niektórzy poszeptywali, że słyszeli że ktoś zbierał jakieś podpisy, ale żeby sprawy rzeczywiście przybrały taki obrót, aż trudno uwierzyć.

W tej spektakularnej chwili nie było nikogo w kościele, kto by nie był świadom jak się z tym czuł ks. Henryk Mainka. Po prawie 15 latach starań czując się budowniczym tego kościoła, ledwie odprawiwszy jedną Mszę św. przyszło mu się z nim i świerklańskimi parafianami rozstać.

Może ktoś miał jakąś satysfakcję z tego, że coś tam komuś udowodnił, ale z pewnością poczuł jednocześnie jak gorzką niespodzianką jest ta sytuacja w obliczu całego radosnego dnia.

Klamka zapadła. Świerklanie znaleźli się we wspólnocie razem z parafianami z samej Brynicy, Grabczoka i Surowiny (czasem podaje się jako odrębną również społeczność „Gróbka”), której duszpasterzem i proboszczem był ks. Józef Kopietz.

8.jpeg

On to następnej niedzieli odprawił drugą w historii świerklańskiego kościoła Mszę św. i następne w co drugą niedzielę o godz. 8:00.

(po latach okazało się, że secesja od parafii czarnowąskiej nigdy nie była planowana jako rozwiązanie ostateczne. Trwała jednak 7 długich lat i jako swoista kwarantanna zrobiła swoje).

Od wojennych czasów opiekę duszpasterską nad czarnowąskimi parafianami, w tym także ze Świerkli sprawowali: ks. proboszcz Henryk Mainka, wikary ks. Johanes Tenzler, wikary ks. Gustaw Lysik i ks. proboszcz (brynicki) Józef Kopietz.

9.jpeg

Wikariusze ks. Tenzler i ks. Lysik

 

        J. Moczko - świerklanin