Zwyczaje, tradycja i obrzędy wielkanocne

            W okresie Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy przejawia się wiele zwyczajów, wynikających z tradycyjnej obrzędowości religijnej i przeniesienia z dawnych czasów. Zawsze odgrywały znaczącą rolę w życiu człowieka. Kiedyś niemal magiczną. Dziś w dużym stopniu symboliczną. Trwają z człowiekiem i tworzą swoiste spektrum przeżywania wielkanocnego. Tym bardziej spektakularnego, bo mającego miejsce w czasie budzenia się przyrody do życia, przebudzenia wiosennego. Wiele przesłań i mocy z tych zwyczajów tyczy tego właśnie aspektu. Zwyczaje różne, różnie się przejawiają w poszczególnych miejscowościach, w zasadniczej części podobnie. Obrzędowość różni się niewiele.

            Zaczyna się praktycznie w Niedzielę Palmową, kiedy to święci się „palmo”, tzn. gałązki wierzbowe, które wierni przynoszą do kościoła. Później w niektórych domach, do dziś, każdy połyka po jednym „kotku” z tych bazi, co ma chronić przed bólem gardła. Gałązki palmowe jako poświęcone długo przechowywane są w domu, najdłużej ze święconych atrybutów na Wielkanoc. W Wielki Czwartek z niektórych gałązek gospodarz domu robił małe, od 5 do 20 cm wysokie krzyżyki (w Świerkli słupek zrobiony był właśnie z tego palma – nowociny, a  poprzeczka z kokocyny, niestety niezidentyfikowanego krzewu, rósł ponoć tylko jeden we wsi u Marii Bartyllowej – siostry Goldschmida). W Wielki Piątek ktoś wydelegowany z gospodarstwa, na ogół sam gospodarz zanosił te krzyżyki na pole. Niektórzy wpierw zanosili je w różne miejsca swego obejścia. W każdym razie na pole musiał zdążyć przed wschodem słońca bez względu na okoliczności (bywało, że na polu był szron, panowała niepogoda, a czasem padał śnieg). Tam na swych zagonach na klęcząco wtykał do ziemi, za każdym razem odmawiając jakąś modlitwę. Przed wschodem słońca powinien też zdążyć obmyć ręce w pobliskiej wodzie – rowie, rzece, czy jakimś stawku. Byle była czysta (w Dobrzeniu Wielkim mogła być to rzeka Odra, inne rzeczki, rowy np. Żydówka, w Czarnowąsach rzeka Mała Panew, Swornica, czy też rów Jamny itd., w Świerkli był to wielki i mały krzipop, a przy suchym roku kanał borkowski). Kto nie miał ziemi, pod tymi samymi warunkami szedł po wodę, a krzyżyki wtykał gdzieś w ogrodzie, lub po prostu do ziemi w doniczce obok rosnącego kwiatka (ten sposób jeszcze dziś jest praktykowany przez sędziwych mieszkańców). Jedni i drudzy z wyprawy po wodę nabierali jej do konewek, cebrzyków i przynosili do domu, by reszta domowników też się obmyła. Stawianie krzyżyków miało uchronić obejście przed burzami, piorunami, pożarami, a na polu przed gradobiciem i nieurodzajem.

            W Świerkli pamięta się też zwyczaj obmywania nóg rodzicom przez swoje dzieci. To był szczególny moment wielkoczwartkowy. Ktoś z rodziny to przygotowywał, a same mycie przypadało młodszym, którzy czynili to chętnie, bo okazywało się, że ni stąd ni zowąd pod zydelkiem Punbócek zostawił jakiś upominek, np. kolorowe jajko, czy też że pod stopami na dnie miski leżał jakiś pieniążek – fenig, czy „ceski” (mosiężne 10 fenigów).

            W Wielki Czwartek milkły dzwony w kościołach. W obrzędowości religijnej aż do Wielkiej Soboty zastępowały je kołatki – klekotki. Kościelne klekotanie ma miejsce w liturgii wielkanocnej także dziś. Kiedyś miało bardzo rozległe przełożenie poza nią. Klekotanie to była frajda dla chłopców, którzy rano, w południe i wieczorem z klekotkami obchodzili wieś. Później już tylko w południe przez jakieś 20 minut. W Świerkli kiedyś, jak jeszcze kościoła nie było, dzieciska biegały jakby trochę dla zabawy z klekotkami własnej roboty wokół kaplicy-dzwonnicy w centrum wioski. W różnych porach, jak przypadło, ale wielkanocnie. Dziś klekotanie to przedmiot wspomnień, element obrzędowości,  dla młodzieży jakby relikt, ale symbolicznej wymowy.

            Po południu w Wielki Piątek chodziło się i jeszcze chodzi pocałować Punbócka. Rodzice, albo starsze rodzeństwo prowadzi dzieci do krzyża – „Bożego grobu” (w Świerkli krzyż leży przed prezbiterium, lekko podniesiony u wezgłowia). W czasie całowania ran Chrystusa starszy coś wykłada niepostrzeżenie, tzn. zabiega, by Punbócek coś kulnun i tradycji staje się zadość. Jak maluch jest już większy, to swoje dostaje w domu. Zwyczaj stary, kultywowany po staremu, jako „święto małych dziatek”.

            W Wielką Sobotę święci się potrawy. Kosz z chlebem, jajkami, solą, masłem, wędliną i ciastem, czasem nawet z chrzanem do kościoła na ogół niosą kobiety z dziećmi, gdzie kapłan na stosownym nabożeństwie dokonuje obrzędowego błogosławieństwa. Później każdy z domowników zobowiązany jest z każdej święconki po trosze zjeść. Jest to łatwe, bo przecież w Wielki Piątek tylko raz jadło się do syta (kiedyś w ogóle tylko raz).

            Pierwszy dzień, pierwsze święto wielkanocne to nabożeństwo w kościele, elegancko ubrani wierni na nim, domowe przeżywanie i szykowanie do dnia następnego, drugiego święta wielkanocnego, a w nim także nabożeństwo kościelne, ale po tym śmigus dyngus i szukanie śladów obecności zajączka w obejściu, a właściwie tego, czym obdarzył w gnieździe dzieci tego miejsca.
hazyk.jpeg
Gniazdo sprawiano różnie, różnej wielkości, z różnych materiałów: z siana, słomy, ściółki, wełny drzewnej (holzwoli), znajdowanie takiego gniazda to była i jest największa radość beneficjentów ich zawartości, bo taki zając (Hazyk) sporo w nim zostawiał: zdobione jajka, czekoladowe jajka w sreberku, inne słodkości, a dziś trafiają się także zabawki. Od rana trwało we wsi „sikanie”, oblewanie dziewczyn, panienek i pań. Mali chłopcy w grupach i pojedynczo szli przez wieś, niemal od domu do domu, gdzie tylko była jakaś dziewczynka i sikali, za co dostawali na ogół kroszonki (krołsunki). Czasami musieli obrócić parę razy do domu, by rozładować urobek. Starsi podobnie, ale oni sięgali już po garnki, nawet wiadra, a spotkana dziewczyna nie miała szans wyjść z tego na sucho. Czasem którąś zaciągnięto pod pompę, by dokończyć rytuału. Jednak w tym wszystkim zachowany był jakiś umiar, tzn. poziom wodnego najścia. Obecnie różnie z tym jest. Szczególnie w miastach, gdzie dochodzi czasem do wypaczenia śmigusa dyngusa, nękania dziewczyn aż do potrzasku. Zdarzają się nieszczęścia.

            Zaraz po świętach, we wtorek, baby leją chłopów. Tak samo, jak oni to czynili poprzedniego dnia w stosunku do nich. Odwet jest bezlitosny. Czasem taki nieborak w spodniach, ociekający wodą dziwi się, że jemu się to przydarzyło i zaczyna się od nowa wodna wojna.

            W tych wszystkich zwyczajach, obrzędach, najwięcej jest symbolicznego jajka w postaci kroszonki, pisanki, czy malowanki. Takie są od wieków na Wielkanoc skrupulatnie przygotowywane przez poświęcenie, uznane za symbol zmartwychwstania, a przy tym kolorowane, zdobione, są przedmiotem wielkanocnego obdarowywania. Szczególnie ładnymi dziewczyny obdarowywały swych chłopców – kawalerów w lany poniedziałek. Inni też dostawali. Widać wiele ich było potrzeba. Dlatego malowanie jaj trzeba było zacząć odpowiednio wcześnie, na kilka dni przed świętami. Kiedyś farbowano jaja naturalnymi barwnikami, np. w wywarze z suchych łusek cebuli (otrzymywało się kolor od złotego do brązowego), z młodych zielonych piórek pszenicy i żyta (kolor zielony), z kory olchowej (kolor czarny), z robaczków – czerwców (kolor czerwony), itd. Dziś używa się do tego farb chemicznych, ale ciągle też jeszcze łusek z cebuli.

            Te stare symboliczne znaczenia jajka też są ciągle aktualne, np. jajko jako symbol początku życia, płodności, wiosny (szczególnie te na czerwono barwione). Symbolicznych znaczeń jajku przypisywało się znacznie więcej, bo jest one obecne przy człowieku niemal od zarania. W okresie wielkanocnym bywało też przedmiotem zabawy, np. trącania się nimi, gdzie przegrywał ten, którego jajko pierwsze trzasło. Wspomina się, że dawało się kawałek jajka bydłu, zmiażdżone skorupy mieszano z ziarnem siewnym, itd. Dzisiejsze wspólne spożywanie święconki w przypadku jajka to jakby dzielenie się opłatkiem. Jajka – krousunki w koszyczku w każdym domu to piękna wielkanocna ozdoba. Dziś niestety pod presją plastikowego zamiennika, na szczęście mało skuteczną.

            Do zwyczajów wielkanocnych należą też przejawiające się z różną dynamiką młodzieńcze psoty. Ci sami, którzy dopiero co potrafili młodszemu rodzeństwu zmajstrować jakąś wielkanocną niespodziankę: odlać jakiegoś zajączka, baranka, czy żołnierzyka z ołowiu w specjalnej foremce, wziąć udział w śmigusie dyngusie, potrafili też pomalować w różne wzory i hasła bramy, szyby w oknach, wszystko na biało, wejść na dach i zakryć komin szybą (było to stosunkowo łatwe w przypadku domów pod strzechą, gdzie drabina na stałe leżała połową swej długości na dachu pod takim ukosem, jak wskazywał dach. Rano gospodarz biegał na dwór patrzeć co się dzieje, że nie ma cugu, przecież patrząc od dołu widział w kominie światło u góry i nic. W końcu się zorientował i po drabinie do komina. Czasem bywało też tak (zdarzyło się to w Świerkli bardzo dawno, ale jeszcze się pamięta, że nie było cugu, a gospodarz pierwsze co zobaczył na swym dachu to swój mały wóz drabiniasty). Z czasem domy budowano większe, zniknęły strzechy, drabiny, ucichły dachowe ekscesy, malowanie bram – wrót miało też w Świerkli swój specyficzny przejaw zaraz po II Wojnie Światowej. Mieszkańcy wtedy komentowali to tak: przecież nie ma świąt, a oni malują. Było tak: u Barona, powszechnie nazywanego Unra, aparatczyki mieniący się władzą na wrotach u niego wielkimi literami na całej szerokości wrót napisali „kułak” i wręczyli pismo z informacją, że pod groźbą surowej kary przez dwa tygodnie nie może tego zmywać, ani ścierać (Baron to był polski weteran wojenny zza Odry, który ożenił się w Świerkli z wdową. Jako taki dostał z UNR-y jedyny we wsi pięknego pociągowego konia, ale jak nastały obowiązkowe dostawy jako jedyny się sprzeciwił, stąd taka akcja).

            Później nastały farby emulsyjne, przybywało asfaltowych dróg, malowanie wielkanocne stało się zmorą, przynosiło znaczne szkody, bo farba była trudno zmywalna. Zostawały ślady. Dziś znów używa się farb lekkich, wapiennych, itp. Zwyczaj trwa, choć już znacznie słabiej jest eksponowany. Jest to jednak margines tego, co się w ogóle dzieje w okresie Wielkiego Tygodnia i Wielkiej Nocy.

jzefmoczkotekstyizdjcia.jpeg        
Istnieje od dłuższego już czasu dość zdeterminowany ruch na rzecz kultywowania niektórych zwyczajów i tradycji związanych z symboliką Świąt Wielkiej Nocy. Coraz więcej jest wystaw, jarmarków, konkursów, do występowania w których zachęca się wszystkich, szczególnie młode pokolenie. Tak np. jest w przypadku organizowanego od wielu lat, co roku, Konkursu Symboliki Świątecznej „Wielkanocny Kosz” w Świerkli jako wspólne przedsięwzięcie GOK Dobrzeń Wielki i SRI Świerkle. Spotykają się na nim uczestnicy z szerokiej okolicy.

            O tradycjach i zwyczajach wielkanocnych radziyli i wspominali: Urban Pogrzeba (Peter) lat 96 ze Świerkli, Klara Jendryca lat 94 z Czarnowąs, Jan Fabian lat 77 z Dobrzenia Wielkiego i J. Moczko – Świerklanin.